Żyje w lesie niczym pustelnik

    Żyje w lesie niczym pustelnik

    Lech Klimek

    Aktualizacja:

    Gazeta Krakowska

    Bronisław Radzik mieszka w Ropie, tuż pod Wawrzką. Jego okazała, ponad trzyhektarowa działka, to prawdziwa pustelnia w środku lasu. Dom ma zapadnięty

    Bronisław Radzik mieszka w Ropie, tuż pod Wawrzką. Jego okazała, ponad trzyhektarowa działka, to prawdziwa pustelnia w środku lasu. Dom ma zapadnięty dach, ale „pustelnik“ nie chce się wyprowadzać. ©Lech Klimek

    Droga do domu nawet po małych opadach deszczu staje się niezwykle grząskim trzęsawiskiem. Zawalony dach wymaga natychmiastowej naprawy, a brak dojazdu uniemożliwia dowóz materiałów.
    Bronisław Radzik mieszka w Ropie, tuż pod Wawrzką. Jego okazała, ponad trzyhektarowa działka, to prawdziwa pustelnia w środku lasu. Dom ma zapadnięty

    Bronisław Radzik mieszka w Ropie, tuż pod Wawrzką. Jego okazała, ponad trzyhektarowa działka, to prawdziwa pustelnia w środku lasu. Dom ma zapadnięty dach, ale „pustelnik“ nie chce się wyprowadzać. ©Lech Klimek

    W Ropie z drogi do Brunar trzeba skręcić w prawo. Potem wspinać się stromym podjazdem. Na jednym z rozjazdów znów w lewo, a potem już prosto do lasu - do pustelni 71-letniego pana Bronka.

    W samym środku lasu

    - Ja tu jestem trzecim pokoleniem - mówi Bronisław Radzik. - I chyba będę ostatnim, bo jak rodzice zmarli w latach osiemdziesiątych, to zostałem sam i tak tu trwam. Niczym te drzewa owocowe w sadzie. Nie dam się przesadzić - dodaje.

    Kilkaset metrów wcześniej kończy się asfalt. Żwirowana droga niknie w lesie. Po kilku metrach rozwidla się, w prawo prowadzi do gospodarstwa pana Bronisława. Spomiędzy drzew widać polanę, ale wjazd na nią zagradza rozpięty pomiędzy dwoma drzewami drąg. Wjechać nie można. By dostać się do siedliska Bronisława, trzeba pokonać jeszcze kilkadziesiąt metrów wąską ścieżką, która najpierw wije się pomiędzy chwastami i samosiejkami, a potem prowadzi przez zapuszczony sad.

    - Żyję tu jak pustelnik - opowiada gospodarz. - Ale tak naprawdę to niewiele mi potrzeba. Mam trochę pieniędzy, małą rentę rolniczą, to mi wystarcza, na te rzeczy, co je kupić muszę - dodaje.

    Renta u sąsiadów

    Raz na kwartał pan Bronisław wychodzi z lasu i idzie do sąsiadów mieszkających kilkaset metrów niżej. To tam listonoszka z Ropy zostawia mu jego rentę. To nieco ponad 500 zł, które muszą wystarczyć na trzy miesiące.

    - Do mnie listonoszka nie wjedzie, bo nie ma jak - stwierdza. - Co jakiś czas zaglądają tu za to panie z gminy, zawsze coś przyniosą, najczęściej jedzenie. Nie powiem, pomagają mi - kontynuuje.

    Dla pana Bronisława największe zmartwienie to brak drogi dojazdowej. W razie jakiegoś nieszczęścia nic i nikt do niego nie dojedzie.

    - Na razie zdrowie mi dopisuje - mówi 71-latek. - Choć z mojego rocznika większość kolegów już dawno jest po drugiej stronie. Może mieli za lekkie życie. Ja tu na tej mojej ziemi muszę być twardy i nie ma po prostu jak chorować - uśmiecha się pogodnie.

    Trzy krowy są, ale nie jego

    Rolnik ma trzy i pół hektara ziemi, w tym kilka arów lasu. Na jednej łące pasą się trzy krowy.

    - To nie moje - opowiada pan Bronisław. - To ludzi, którzy mieszkają na Wawrzce. Szkoda, żeby trawa się marnowała, więc im pozwalam tu paść bydło. Kiedyś i ja miałam krowy, ale teraz już nie, za dużo przy nich roboty - stwierdza mężczyzna.

    13 zdjęć
    Przejdź do galerii

    Galeria dostępna tylko dla abonentów Gazety Krakowskiej

    Posiedzenie Rady Miejskiej na rynku w Gorlicach

    Tak kiedyś wyglądały Gorlice! [ARCHIWALNE ZDJĘCIA]

    Link do głównego zdjęcia

    Posiedzenie Rady Miejskiej na rynku w Gorlicach ©Narodowe Archiwum Cyfrowe



    W zamian za możliwość wypasania krów sąsiedzi dają panu Bronisławowi to, co mają ze swojego gospodarstwa.

    - Nawet wczoraj przynieśli mi mleko, ser, jajka, śmietanę - opowiada. - Jedzenia mam tyle, że nie wiem, co to głód.

    W domu, który chyli się już ku upadkowi, pan Bronisław często rozpala pod kuchnią.

    - Mam czym palić, trochę drewna z lasu, trochę z sadu, jak się któreś drzewo położy - opowiada. - Sam gotuję, bo trzeba jeść ciepłe posiłki, tak jest zdrowiej. Ale dla jednej osoby wiele nie trzeba, więc to mało pracy - dodaje.

    Dach nagle się poskładał

    Dom jest wręcz w opłakanym stanie. Tak naprawdę to chyba nie nadaje się do zamieszkania. Spod załamanego dachu smutno w niebo wystaje czerwony komin. Nowe blachy niebezpiecznie zwisają znad okapów.

    - Sprzedałem kawałek pola i kupiłem blachę, żeby dom ratować - relacjonuje pan Bronisław. - Dach się pod śniegiem złamał, a ja nie mam siły, żeby go podnieść, ale w środku jest jeszcze wszystko w porządku. Mam prąd, to czasem sobie radia posłucham, ale telewizora to nie mam, nie potrzebuję. Popatrzę na góry, na świat za lasem i to mi wystarcza - dodaje.

    O tym, jak wygląda dom, świetnie wie też Jan Morańda wójt gminy Ropa.

    - Dla pana Bronisława mamy nawet natychmiast miejsce w DPS-ie - zaznacza wójt. - On jednak nie chce się ruszać z miejsca. Wiem, że ma też możliwość pomieszkiwać u sąsiadów. Jest też oczywiście rodzina, choćby bratanek. Z tego, co wiem, też chętnie wziąłby wujka do siebie, ale wszystko zależy od niego, sam musi podjąć decyzję - dopowiada.

    Nigdzie się stąd nie ruszę

    Gdy pytam pana Bronisława o te możliwości i czy nie byłoby dla niego lepiej, gdyby zamieszkał między ludźmi, rozgląda się wokół i zaraz odpowiada: - Tu poniżej lasu były jeszcze niedawno dwa gospodarstwa - mówi. - Teraz miejsca, gdzie stały domy, znaczą tylko zdziczałe drzewa owocowe. Wiem, że u mnie nie jest najpiękniej, ale to moje miejsce, a starych drzew się nie przesadza, to wiedzą wszyscy. Nie wiem, czy bym dał radę żyć w jakimś ośrodku dla chorych i samotnych. Tu jestem szczęśliwy, choć jestem sam - dodaje.

    Pustelnia pana Bronisława nie jest jednak całkiem pusta. Jako towarzyszy ma teraz małe stadko psów, sześć dorosłych i jednego szczeniaka. To jego codzienni towarzysze. Biegną z nim, gdy idzie do swojego lasu, by przynieść trochę chrustu na rozpałkę.

    - Mogłem mieć takie duże psy - mówi rozbawiony. - Ale one tylko jedzą, a nie pilnują. Te są małe, ale jak tylko coś się w okolicy pojawi, to wszczynają alarm. Nieważne czy to zwierzę, czy człowiek - robią wielki szum, a ja czuję się tu w tej mojej pustelni bezpieczniej - dodaje.

    Częstymi gośćmi u 71-latka są też dzikie zwierzęta.

    - Dziki regularnie przychodzą na jabłka do sadu - opowiada rozbawiony. - Sarny czy jelenie to codziennie są w okolicy. Moje pieski je jednak odganiają. Twardo bronią mnie i obejścia - kończy, spoglądając na swój dobytek.



    Czytaj także

      Komentarze (2)

      Dodajesz komentarz jako: Gość

      Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

      Liczba znaków do wpisania:

      zaloguj się

      Autor komentarza nie dodał zdjęcia
      dzielny pan Bronisław

      gmino, pomóz (gość)

      Zgłoś naruszenie treści / 8

      Gmina zamiast posyłać pana Bronisława do DPS powinna wyremontować mu dach.


      Autor komentarza nie dodał zdjęcia
      datek

      lemur (gość)

      Zgłoś naruszenie treści / 2

      A ksiądz tez powinien się dorzucić nie tylko mówić o miłosierdziu.

      Najnowsze wiadomości

      Zobacz więcej

      Polecamy

      Kup prenumeratę i odbierz bilety na siatkarskie mistrzostwa Europy!

      Kup prenumeratę i odbierz bilety na siatkarskie mistrzostwa Europy!

      Czwartek z kryminałem - przeczytaj mrożące krew w żyłach historie

      Czwartek z kryminałem - przeczytaj mrożące krew w żyłach historie

      Inwestycje zagraniczne: jak są ważne dla polskiej gospodarki?

      Inwestycje zagraniczne: jak są ważne dla polskiej gospodarki?

      Dołącz do naszego newslettera i odbierz prezent

      Dołącz do naszego newslettera i odbierz prezent

      Gry On Line - Zagraj Reklama