Gorlice. Polonistka, która uczy angielskiego

    Gorlice. Polonistka, która uczy angielskiego

    Halina Gajda

    Aktualizacja:

    Gazeta Krakowska

    Pani Ania uczy w amerykańskiej szkole publicznej w Linden, poza tym w „sobotniej” polskiej szkole. W Stanach Zjednoczonych poznała męża Janusza, tam

    Pani Ania uczy w amerykańskiej szkole publicznej w Linden, poza tym w „sobotniej” polskiej szkole. W Stanach Zjednoczonych poznała męża Janusza, tam mieszkają też ich córki i część rodziny. ©archiwum

    Pani Anna kilkanaście lat temu wyjechała do USA. Jeszcze wtedy nie myślała o emigracji - miała poznać świat, coś zarobić. Okazało się, że los ma dla niej inny scenariusz - poznała tam męża...
    Pani Ania uczy w amerykańskiej szkole publicznej w Linden, poza tym w „sobotniej” polskiej szkole. W Stanach Zjednoczonych poznała męża Janusza, tam

    Pani Ania uczy w amerykańskiej szkole publicznej w Linden, poza tym w „sobotniej” polskiej szkole. W Stanach Zjednoczonych poznała męża Janusza, tam mieszkają też ich córki i część rodziny. ©archiwum

    Anna Pelesz, gorliczanka, od 17 lat mieszka w Stanach Zjednoczonych. Skończył polonistykę na KUL-u, ale po lstudiach okazało się, że z pracą jest krucho.

    - Nie bardzo wiedziałam co robić - opowiada. - Wtedy ciocia, która od lat mieszkała w USA, zaproponowała mi: przyjedź, zarobisz sobie coś, podszkolisz język - wspomina dalej.

    Skok na nie tak głęboką, językową wodę

    Propozycja była tym atrakcyjniejsza, że nie musiała się bać o zderzenie z barierą językową - nauka angielskiego na studiach była na naprawdę dobrym poziomie. Anna, nie zastanawiając się zbyt długo, wsiadła w samolot lecący na drugi kraniec świata.

    - Zaczynałam jako opiekunka do dzieci - przyznaje bez ogródek. - Słyszałam różne historie o dziewczynach, które również tak pracowały. Niektóre mroziły krew w żyłach. Ja miałam szczęście, bo trafiłam na naprawdę wspaniałych ludzi - podkreśla.

    Dzisiaj uczy w amerykańskiej szkole - oczywiście języka angielskiego. Głównie młodych ludzi, których rodzice przyjechali do New Jersey z różnych krańców świata i czasem potrzebują pomocy w nauce.

    - Moim zadaniem jest, by rozwinąć je językowo. Po kilku latach nauki muszą umieć porozumiewać się tak, jak rodowici Amerykanie - tłumaczy obrazowo.

    Tyle w tygodniu. W soboty zaś, pani Anna wraca niejako do korzeni - pracuje w Polskiej Szkole przy Polskiej Fundacji Kulturalnej w Clari. Uczy dzieci z polskich rodzin, również tych mieszanych. To taka szkoła, do której rodzice wysyłają swoje pociechy, by uczyły się języka polskiego, poznawały geografię, historię, na nawet polskie tańce i piosenki. Obejmuje czas od przedszkola do jedenastej klasy. Chodzą do niej również dzieci pani Anny.

    Wspomniana placówka to największa polska szkoła na wschodnim wybrzeżu Stanów Zjednoczonych, bo liczy ponad sześciuset uczniów, którzy na zajęcia dojeżdżają czasem z odległych miejscowości.

    - Co by nie powiedzieć, wszyscy oni mają zwariowany grafik - opisuje. - W tygodniu chodzą do „normalnej” szkoły, w soboty do polskiej. Jedynym wolnym dniem jest więc niedziela, choć w niektórych kościołach, na przykład moim, odbywają się zajęcia z religii - dodaje.

    W 2003 roku na University of New Hampshire uczyła języka polskiego dorosłych Amerykanów. Co ich skłaniało do nauki niełatwego przecież języka?

    - Powody były zazwyczaj natury osobistej - żony Polki, wyjazd na wakacje, polska rodzina, z którą mieli spotkać się pierwszy raz w życiu - dodaje pani Ania.

    Nauka? Jak to bywa - tym, którzy mieli wcześniej kontakt z językiem, szła lepiej, pozostali musieli po prostu włożyć więcej pracy.

    Bratnia dusza prosto z rodzinnych Gorlic

    W zasadzie już na początku trafiła na bratnią duszę, choć jeszcze wtedy nie wiedziała, jak bliską.

    - Gdy przyjechałam do Stanów, ciocia zabierała mnie ze sobą w zasadzie wszędzie. Gdziekolwiek wybierała się na weekend, jechałam z nią - opowiada. - Czasem średnia wieku towarzyszek tych naszych wypraw oscylowała wokół siedemdziesiątki - wspomina z uśmiechem.

    Któregoś razu, rodzina zabrała ją na piknik dla seniorów - ciocia i wujek chcieli spotkać się ze znajomymi, których dawno nie widzieli. Pełne wigoru towarzystwo bawiło się doskonale, a młodej dziewczynie coraz częściej zaczynało „grać” w głowie: co ja robię tu, co ty tutaj robisz…

    - Wtedy właśnie podszedł do mnie młody chłopak. Poprosił do tańca. Zaczęliśmy rozmawiać po angielsku. Stąd dowiedziałam się, że przywiózł na piknik swoich dziadków i podobnie jak ja, próbował wypełnić sobie czas oczekiwania na nich - wspomina.

    Wprawne ucho poligloty wyczuło, że młodzieniec mówi z lekkim akcentem. Pani Ania zapytała wprost: skąd jesteś? W odpowiedzi usłyszała, że z Polski, a w USA mieszka od dekady. Ma na imię Janusz.

    - W moim ówczesnym otoczeniu nie było zbyt wielu Polaków, więc ucieszyłam się niezmiernie - dodaje.

    Skoro pierwsze, oficjalne poznanie mieli za sobą, zaczęła drążyć temat. Z Polski? A skąd dokładnie?

    - Wtedy usłyszałam, że z… Gorlic - opowiada dalej. - Z trudem powstrzymałam się, żeby nie rzucić mu się na szyję i nie ucałować jak rodzonego brata - śmieje się.

    Takiej znajomości nie można było puścić ot tak. Zaczęły się regularne spotkania, poznawanie się. Sympatia z czasem przerodziła się w coś więcej.

    - Dzisiaj jesteśmy małżeństwem, mamy córki - zdradza. - Niektórzy dowcipkują, że wyszłam za niego tylko dlatego, że jest gorliczaninem - dodaje.

    Po cichutku przyznaje, że o wyborze małżonka decydowały też inne względy, ale to gorlickie pochodzenie też nie było bez znaczenia...

    Różnorodność, która motywuje do nauki

    Jej szkoła to taki wielokulturowy tygiel, bo z jednej strony są Europejczycy, choćby Słowacy, Ukraińcy czy Polacy, a z drugiej przybysze z Ekwadoru, Indii, Filipin czy Wenezueli.

    - Czuję się w pewien sposób uprzywilejowana, że mam kontakt z tak wieloma kulturami, tradycjami - podkreśla. - To uczy pokory, ale daje motywację do ciągłej nauki, otwierania się na dotychczas nieznane - dodaje.

    Amerykański system nauczania różni się nieco od naszego. Przede wszystkim, jeśli chodzi o nauczycieli. Tam zatrudniani są przez dystrykt, który ma pod opieką kilka szkół - podstawówki, gimnazja, szkołę średnią. - Kuratorium decyduje, gdzie w danym roku szkolnym będę uczyła - opisuje. - Dzisiaj pracuję w podstawówce, ale jutro mogę zacząć pracę w szkole średniej. Taka zamiana może nastąpić nawet w ciągu roku szkolnego - obrazuje.

    Rok szkolny w jej dystrykcie liczy 180 dni. Pani Ania, podobnie jak w Polsce, ma teraz wakacje.

    Wybiera się do Polski, oczywiście do rodzinnych Gorlic.

    - Chcę pomóc starzejącym się rodzicom i pozwolić im nacieszyć się dorastającymi wnukami - mówi wprost.

    Przyznaje, że brakuje jej ludzi, którzy zostali w Gorlicach, stąd dosyć częste przyjazdy do rodzinnego miasta.

    - Tęsknię za całą moją rodziną - przyznaje na koniec.

    WIDEO: Magnes. Kultura Gazura - odcinek 11

    Autor: Gazeta Krakowska, Dziennik Polski, Nasze Miasto


    Czytaj także

      Komentarze (1)

      Dodajesz komentarz jako: Gość

      Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

      Liczba znaków do wpisania:

      zaloguj się

      Autor komentarza nie dodał zdjęcia
      Podziękowanie!

      Anna Pelesz (gość)

      Zgłoś naruszenie treści

      Dziękuję za rozmowę Pani Halino!!!

      Najnowsze wiadomości

      Zobacz więcej

      Polecamy

      Kup prenumeratę i odbierz bilety na siatkarskie mistrzostwa Europy!

      Kup prenumeratę i odbierz bilety na siatkarskie mistrzostwa Europy!

      WIELKIE ODKRYWANIE MAŁOPOLSKI. Doceńmy wyjątkowe miejsca i ludzi [GŁOSOWANIE]

      WIELKIE ODKRYWANIE MAŁOPOLSKI. Doceńmy wyjątkowe miejsca i ludzi [GŁOSOWANIE]

      Inwestycje zagraniczne: jak są ważne dla polskiej gospodarki?

      Inwestycje zagraniczne: jak są ważne dla polskiej gospodarki?

      Dołącz do naszego newslettera i odbierz prezent

      Dołącz do naszego newslettera i odbierz prezent

      Gry On Line - Zagraj Reklama