Z Feministką Beatą Kozak, o dniu kobiet i "SeksMisji" rozmawia Piotr Rąpalski
Feministki nie można przepuścić w drzwiach czy pocałować w rękę?
Można, ale feministki zdają sobie sprawę z tego, że to są puste gesty. I mówią o tym. To teatr między damami a rycerzami, rytuał który ma pokazać, że kobiety są w Polsce szanowane. Myślę, że od tego rytuału ważniejsza jest poprawa sytuacji kobiet choćby na rynku pracy.
Ale jak trzeba wynieść szafę na trzecie piętro, to my mężczyźni jesteśmy potrzebni.
Tak. Ale i cztery kobiety są w stanie to zrobić. (śmiech)
Cieszy Panią, że coraz więcej kobiet prowadzi taksówki.
To powinno być normą. Choć na razie to miłe zaskoczenie.
Ja lubię, bo kobiety mniej narzekają niż taksówkarze.
Ja ostatnio z taką jechałam, która narzekała całą drogę. Martwiła się, gdzie zaparkuje, bo pełno było tych śnieżnych zasp na chodnikach.
8 marca - relikt przeszłości, czy coś potrzebnego?
Dobrze, że istnieje, bo szczególnie w tym dniu można zwracać uwagę na sytuację kobiet. Reliktem jest co innego. Święto Kobiet wymyśliła amerykańska lewica, w tym roku obchodzimy zresztą 100-lecie Dnia Kobiet. Ten dzień został ustanowiony świętem w USA. W PRL 8 marca obowiązywała kawka i goździk dla kobiety, a jednocześnie harującym na dwa etaty Polkom propaganda wmawiała, że w socjalizmie mają świetnie, natomiast feministki na Zachodzie to wariatki, bo domagają się zabezpieczeń socjalnych dla pań domu. Antyfeministyczne stereotypy, które wiele osób ma w głowach do dziś, zawdzięczamy właśnie PRL-owi. Reliktem po PRL-u nie jest więc samo to święto, ale krytykowanie go.
O co musi walczyć Polka?
Polki zarabiają przeciętnie o 30 proc. mniej niż ich koledzy na tym samym stanowisku. Nigdzie nie wywiesza się rozpiski płac, więc kobiety często o tym nie wiedzą. Zaledwie 20 proc. kobiet jest posłankami na Sejm, a więc kobiety mają w Polsce mniejszą reprezentację. Więcej kobiet jest natomiast wśród bezrobotnych. Mówi się, że kobiety szybciej wychodzą z bezrobocia, ale to dlatego, że często akceptują niskopłatne prace, byle tylko mieć za co wyżywić dzieci.
A w moim dziale jest dwóch chłopów i siedem kobiet.
To znaczy, że pana dział jest sfeminizowany. W zawodach tzw. sfeminizowanych, np. w szkołach, przedszkolach, w okienkach bankowych, zarobki są niższe. W zawodach z przewagą kobiet zarobki od razu się obniżają.
Zarabiam mniej przez koleżanki?
W pewnym sensie tak. (śmiech) Przez system, który nisko ceni ich pracę.
Mamy stereotyp feministki?
Niestety tak, ale nie chce mi się o tym mówić. Można o tym posłuchać pod budką z piwem albo poczytać w prawicowej prasie. Szkoda mi na to czasu.
Wasze pismo to "Zadra". Feministka musi być bojowniczką.
Nazywa się tak, bo feminizm jest zadrą, czymś co przeszkadza. Nie chciałyśmy się nazywać "Oliwia", "Gosia"
czy "Ciumcia". Jako "Zadra" przeszkadzamy, upominamy się o równe traktowanie kobiet.
A te Tiny i Gosie Pani czyta?
Czasem w jakiejś poczekalni u dentysty. Kolorowe pisma kobiece prezentują kobiety głównie jako ciało, które musi ładnie wyglądać, dobrze funkcjonować i sprawnie obsługiwać wszystkich wokół.
Macie coś przeciwko rowerzystom?
Nie. Dlaczego?
Bo wyczytałem, że wpychacie kij w szprychy seksizmu.
(śmiech) "Kij w szprychy..." to warsztat krytycznego pisania, a "Przeskoczyłam mur" to warsztat biograficzny. Zapraszamy na nie kobiety w cyklu spotkań marcowych.
A co to jest ten seksizm?
To dyskryminowanie ludzi z powodu ich płci. Przyjmowanie z góry, że mężczyznanie potrafi np. zająć się dzieckiem, bo jest mężczyzną, a kobieta to tylko ciało, bo jest kobietą. Seksizm widać często w reklamach, w których przy użyciu nagich ciał namawia się do kupowania towarów.
Jakie słynne postaci kobiet to wzory do naśladowania?
Pippi Langstrumpf. (śmiech) Robiła, co chciała. Myślę, że dobrym przykładem jest Maria Curie-Skłodowska. Skończyła studia na Sorbonie w Paryżu, wróciła do Krakowa i chciała pracować na UJ, ale rektor ją wyśmiał, bo przecież była kobietą. Więc wróciła do Paryża i jakiś czas później dostała jednego Nobla, a potem drugiego.
Widziała Pani "Galerianki"?
Jeszcze nie, ale widziałam "Bękarty wojny". (śmiech)
A tam jedną zastrzelili, a drugą udusili.
Nie.
Tak.
Fakt, zapomniałam. Chyba automatycznie wypieram to, co nieprzyjemne. (śmiech)
A marzą się Pani czasy jak w "Seksmisji"?
To byłoby bez sensu. W feminizmie chodzi o równowagę, a nie o przegięcie w drugą stronę.
Nie chciałaby Pani, żeby Mickiewicz razem z Piłsudską byli kobietami?
Ależ mnóstwo ich mieliśmy. Zapolskie, Orzeszkowe, Dąbrowskie i inne.
Cieszy Panią, że o kobietach coraz głośniej w polityce?
Oczywiście, i mam nadzieję, że parytet niedługo przejdzie. Jest takie cyniczne stwierdzenie: "Mężczyźni monopolizują wyższe stanowiska, pozbawiając kobiety należnego im udziału w powszechnej niekompetencji". (śmiech)