Jak się dowiedzieliśmy, pomysł ma być zrealizowany w przyszłym roku, najpóźniej za dwa lata. Krakowscy artyści uważają, że jest absurdalny.
W letnie, słoneczne dni na Rynku Głównym, przy Grodzkiej czy Floriańskiej nie brakuje muzyków amatorów, pasjonatów czy kapel. Większość z nich z powodzeniem wpisuje się w klimat Krakowa, wielu ma swoją publikę i wielbicieli. Urzędnikom miejskim nie w
smak jednak swoboda, którą mają występujący w samym sercu miasta. I dlatego też planują, by zrobić raz na zawsze z nimi porządek.
Pomysł jest taki: magistrat ma koncepcję, by rzępolących ich zdaniem muzyków, wyrzucić za bramy Krakowa. Ma to robić specjalna komisja, przed którą każdy będzie stawał. - Będzie miała za zadanie ocenić poziom artystyczny ulicznych grajków - zdradza Tadeusz Czarny, dyrektor magistrackiego wydziału spraw administracyjnych. - Będzie się składać z osób spoza Urzędu Miasta, o ściśle określonych kompetencjach - zapowiada. W zamyśle taka komisja miałaby być jury, które eliminowałoby namiętnie fałszujących amatorów, liczących na łatwy zarobek.
Kto zasiądzie w takiej komisji i zadecyduje, kto ma na tyle wysoki poziom, że może grać koło Adasia, albo krakowskiego ratusza? Nie wiadomo. Może być z tym jednak kłopot, bo artystyczne środowisko spod Wawelu wcale nie ma zamiaru brać udziału w takiej szopce.
Jak się zresztą okazuje, pomysł wcale nie jest nowy. W czasach komuny selekcja taka już była i musiał się jej wówczas poddać Maciek Maleńczuk. - Byłem chyba jedynym, który nie dostał licencji - wspomina dziś. - Ale potrzebowałem pieniędzy, co miałem robić? Wyszedłem więc i grałem, bez pozwolenia.
Artysta zastanawia się, kto dziś będzie oceniał muzyków. - Ludzie zPiS czy PO? - pyta. - Jak ktoś chce
i musi, bo potrzebuje kasy, to wyjdzie na tę ulicę i będzie grał, z licencją czy bez niej.
współ. Piotr Czarniecki