Coraz więcej z nas idzie na łatwiznę. Kupuje suplementy diety, łyka je i mimo że spędza cały dzień na kanapie liczy, że tabletki sprawią, że będzie zdrowszy.

Na polskim rynku mamy ponad 10 tysięcy rodzajów suplementów, które często zawierają te same składniki, ale w różnych konfiguracjach. Większość znajduje nabywców. Rocznie wydajemy na suplementy kilka miliardów złotych. Ale jak tu nie ulec, skoro przez cały dzień telewizja bombarduje nas reklamami o cudownych preparatach, które od razu wzmocnią naszą odporność, w kilka godzin postawią na nogi, przegnają stres, pomogą zasnąć i w mig odchudzą. A każdy z nich jest najlepszy. I ludzie w to wierzą.

- To dla mnie niezrozumiałe, bo z jednej strony zachłystujemy się zdrowym stylem życia, z drugiej chcemy sobie to życie mocno ułatwić - mówi prof. Zbigniew E. Fijałek z Narodowego Instytutu Leków.

- Wierzymy, że wystarczy łyknąć tabletkę i ona zapewni nam zdrowie, długowieczność i figurę modelki. Najbardziej jednak dziwi to, że wielu emerytów nie stać na leki, na dobre jedzenie, a stać ich na suplementy diety. Widocznie łatwowierny senior, który przez 10 godzin siedzi przed telewizorem i ogląda program przerywany reklamami o suplementach, myśli sobie „jak ich nie kupię, to nie przeżyję”. Uważam, że największą krzywdę robią suplementom ich producenci, którzy wykupują reklamy. Z kolei jeśli nie będą ich reklamować, to ludzie ich nie kupią - i tak koło się zamyka - dodaje profesor.

Największe szaleństwo dotyczy zestawów witamin. Coraz więcej osób czuje wręcz przymus ich zażywania. To samo dotyczy minerałów i mikroelementów. Są panaceum na wszystko: ochronią przed miażdżycą, chorobą wieńcową, udarem mózgu, a nawet przed nowotworami, zapewnią wigor do końca życia. Tyle reklama, bo w medycynie nie ma dowodów na to, że to prawda.

Odkrywca witaminy C Linus Pauling łykał jej po 15 gramów dziennie, czyli łyżkę stołową, i przeżył 91 lat. Uważał, że ta witamina uchroni człowieka od raka oraz wszystkiego złego. Sam jednak zachorował od jej nadmiaru, na kamicę nerkową. Z ostatnich doniesień naukowców amerykańskich wynika, że zażywanie ogromnych dawek witaminy C może się przyczynić do powstawania złogów w tętnicach szyjnych. Lepiej więc ograniczyć się do jej przyjmowania wtedy, gdy łapie nas przeziębienie.

Mogą wypaść włosy

W krajach rozwiniętych, do których należy Polska, choroby spowodowane brakiem witamin czy minerałów to już rzadkość. Mamy bowiem dostęp do świeżych warzyw i owoców przez cały rok.

- Ja nie słyszałem, żeby Polacy cierpieli na awitaminozę - podkreśla profesor Fijałek. - Może brakuje nam witaminy D3, zwłaszcza zimą, bo za mało jest słońca. Ale nic poza tym. Stosowanie suplementów diety zamiast pełnowartościowej diety jest niepotrzebne, a może okazać się szkodliwe. Przecież zwykle zjadamy naraz jedno-dwa jabłka, a nie kilogram. Wiemy, że mógłby nas rozboleć brzuch. Tymczasem ludzie kupują nierzadko kilka rodzajów suplementów i stosują je jednocześnie, nie mając chyba pojęcia, że każdy z nich posiada zbliżony skład. Pacjenci potrafią przedawkować jakąś witaminę nawet 25 razy. I to jest naprawdę niebezpieczne.

Witaminy dzielą się na rozpuszczalne w wodzie i w tłuszczach, o czym przeciętny człowiek nie musi wiedzieć. Do tej drugiej grupy należą: A, D i K, które, jeśli zostaną przedawkowane, mogą wywołać hiperwitaminozę. Szczególnie niebezpieczna jest witamina A, której nadmiar powoduje zaburzenia w układzie nerwowym, utratę łaknienia, powiększenie wątroby, śledziony, zaburzenia żołądkowo-jelitowe. Jeśli ktoś przesadza z witaminą A, mogą mu wypadać włosy i brwi, jego skóra stanie się sucha i szorstka. Najlepiej więc witaminę A dostarczać sobie w pożywieniu, jedząc surową marchew lub pijąc z niej sok. Spore jej ilości znajdziemy też w kalafiorach, kabaczkach, kukurydzy, pomidorach, szpinaku, papryce i rzodkiewce.

Bardzo łatwo można przedawkować selen, który ma ponoć działanie przeciwnowotworowe. Tymczasem wiele suplementów go zawiera. - Trzeba pamiętać, że w przypadku selenu granica między dawką bezpieczną a niebezpieczną jest niewielka - ostrzega dyrektor Narodowego Instytutu Leków.

Tabletki z garażu

Suplement, według oficjalnej definicji, to produkt spożywczy, który ma pomóc w uzupełnieniu normalnej diety. Zawiera on w skoncentrowanej formie witaminy, minerały, które naturalnie występują w żywności. Mogą to też być zioła lub inne składniki roślin, aminokwasy, enzymy i metabolity.

Suplementy diety przypominają leki, mają kształt tabletek, kapsułek, choć nimi nie są. Ale pacjenci często nie odróżniają jednych od drugich. Mają zaufanie do tego, co kupują. I tu tkwi pułapka. Bo każdy lek, nim zostanie dopuszczony do sprzedaży, musi zostać najpierw zarejestrowany przez Urząd Rejestracji Produktów Leczniczych, a wcześniej przejść długą drogę prób. Suplementy diety takiej procedury nie wymagają. Dopuszcza je do obrotu Główny Inspektor Sanitarny, gdyż są traktowane jako żywność. Mogą być produkowane wszędzie.

- Zarówno w dobrze wyposażonym laboratorium, mieszkaniu, jak i w garażu, bo nikt tego precyzyjnie nie określa - zaznacza prof. Fijałek. - Gdyby rejestracja była konieczna, to aż tylu suplementów na rynku by nie było. Nie chciałbym potępiać w czambuł wszystkich tego typu produktów, bo w sprzedaży są też suplementy, które były kiedyś lekami. To na przykład zioła z naszego obszaru geograficznego, które mają udowodnione działania, są naprawdę skuteczne w pewnych przypadkach. Przecież od zawsze piło się herbatę z lipy czy bzu czarnego na przeziębienie, rozgrzanie. Tylko że kiedyś zioła stosowało się, bo były potrzebne, a nie dlatego, że je reklamowano. Tymczasem utarło się przekonanie, że preparaty z ziół można zażywać do woli i bezkarnie, gdyż są sprawdzone i mają słabe działanie. Zapomina się, że stosowane w nadmiarze bywają bardzo niebezpieczne - podkreśla.

Za przykład profesor daje popularną naparstnicę, która zawiera substancję dodawaną do leków nasercowych, ale przedawkowana może wywołać śmierć. Podobnie jest z belladonną, zwaną wilczą jagodą.

Brak rejestracji w przypadku suplementów diety spowodował, że ich sprzedaż wymknęła się spod kontroli. Można je kupić w sklepie, kiosku, na stacji benzynowej, w supermarkecie. Suplementy nazywane „eliksirami zdrowia lub urody” są też rozprowadzane na coraz większą skalę przez internet. Można wtedy wcisnąć ludziom, co się chce. Często bezkarnie.

Zamiast sałatki pigułka

- Część suplementów ma tak nikłe działanie zdrowotne, że trzeba by je łyżkami jeść, aby na coś pomogły lub zaszkodziły - mówi Marek Brach, lekarz. - Rodzic, zamiast dać dziecku jabłko, gruszkę czy winogrona, wciska mu suplement i w ten sposób uspokaja sumienie, że dba o niego należycie. Zwykła cebula jest lepszym źródłem witaminy C niż tabletka. Że szczypie, nieładnie pachnie - trudno. Z kolei witaminy E dostarczy surówka z potartej marchewki z oliwą. Ale nie chce się zrobić sałatki, tylko podaje kolejną kapsułkę.