Ścisk i niekomfortowe warunki - tak mówią pacjentki o „wakacyjnym” pobycie na wrocławskich porodówkach. Powód? W połowie lipca na czas remontu zamknięto oddział ginekologiczno-położniczy przy ul. Chałubińskiego, a do 20 sierpnia nieczynna jest porodówka w szpitalu przy ul. Borowskiej.

Tego lata wrocławianki rodzą głównie w szpitalu przy ul. Kamieńskiego albo na Brochowie. Mówią jednak, że łatwo nie jest. - Tłok na oddziale był ogromny. Kobiety na korytarzach czekały na wolne miejsce. Raz lub dwa zdarzyło się tak, że jedno łóżko było wolne - relacjonuje nam pani Kamila, która urodziła właśnie syna w szpitalu przy ul. Kamieńskiego. Pacjentka zauważa także, że warunki na salach poporodowych zostawiały dużo do życzenia.

- Takie trochę popeerelowski szpital. Przez dwa dni nie miałyśmy bieżącej wody w umywalce na sali - podkreśla. Dodaje jednak, że w szpitalu można liczyć na doskonałą opiekę położnych, które cierpliwie wszystko tłumaczą i dbają o rodzące kobiety.

Dyrekcja szpitala przy ul. Kamieńskiego w komunikacie umieszczonym na stronie internetowej informuje, że „w związku z brakiem miejsc na oddziale położniczo-ginekologicznym i dużą liczbą pacjentek, które chcą rodzić w tutejszym szpitalu, jesteśmy zmuszeni, tam, gdzie jest to możliwe zwolnić miejsca dla przyszłych rodzących”.

Janusz Wróbel, dyrektor szpitala na Brochowie, przyznaje, że 120-łóżkowym oddział pracuje się pełną parą. - Staramy się funkcjonować normalnie i nie odsyłać pacjentek - zaznacza. Wylicza też, że liczba porodów w lecie znacznie wzrosła - o prawie 1/3.

Kobiety szukają miejsc na porodówkach nie tylko we Wrocławiu. Pani Katarzyna pomoc znalazła dopiero w Oleśnicy. - W żadnym z wrocławskich szpitali mnie nie przyjęli. Porodówkę w Oleśnicy polecił mi lekarz - tłumaczy pacjentka. Mówi też, że jest bardzo zadowolona z pobytu w tamtejszym szpitalu. - Oddział jest mały i kameralny. Pacjentki leżą w dwuosobowych salach. Wcześniej rodziłam na Kamieńskiego, gdzie nikt z personelu się nie wyrabiał ze względu na dużą liczbę pacjentek. W łazienkach były plamy z krwi. Wszędzie było brudno - wspomina młoda mama i podkreśla, że gdyby miała rodzić raz jeszcze, to ponownie wybrałaby Oleśnicę. - Mimo iż musiałam tam jechać 50 km, a mąż był przy mnie krócej - dodaje.

Szpital w Oleśnicy rzeczywiście przeżywa „najazd” wrocławianek. Również ze względu na młody personel, który przeniósł się tam z wrocławskich „klinik”. - Pacjentki pojawiają się u nas przede wszystkim ze względu na możliwość indywidualnej opieki położonej - podkreśla ginekolog Gizela Jagielska. Zaznacza także, że w Oleśnicy kobiety nie czekają na korytarzach, nie ma też tłoku na salach. - Wypuszczamy pacjentki do domu w drugiej dobie po porodzie, kiedy noworodek ma ukończoną diagnostykę - zauważa lekarka.

Miejsc na oddziałach wrocławianki szukają również w Oławie, gdzie rocznie rodzi się 1200 dzieci. - Przyjeżdżają do nas pacjentki nie tylko z Wrocławia, ale też ze Strzelina i województwa opolskiego - mówi nam dyrektor szpitala, Andrzej Dronsejko, który cieszy się, że na popularności zyskuje nie tylko wizerunek szpitala, ale też i jego finanse, bo porody to świadczenia nielimitowane przez NFZ.

Co ciekawe swoje łóżka wrocławiankom oferuje również szpital im. Biernackiego... w Wałbrzychu.
- Dla mieszkanek Krzyków to tylko godzina drogi - zauważa prof. Sławomir Suchocki, dyrektor ds. medycznych placówki i wymienia, że pacjentki mają dostęp do znieczulenia oraz hotelu dla mam. - Przyjmujemy prawie dwa tysiące porodów rocznie, z czego tylko 25 procent to „cesarki”- zaznacza Suchocki i zaprasza wrocławianki. - Mamy wolne miejsca i komfortowe warunki - zachęca.