Kochano się w niej, doceniano determinację, elegancję, urodę i wdzięk. Zarzucano wyrachowanie, dyktatorskie zapędy, a nawet oszustwa. Historia Wandy Rutkiewicz pokazuje, jak ambicja, presja sponsorów i mediów, a także kreacja własnego wizerunku zabierają radość życia i mogą prowadzić do śmierci - mówi Anna Kamińska, autorka biografii „Wanda”

- Na dziesiąte piętro warszawskiego wieżowca wjechałam windą. Zza drzwi oznaczonych numerem 88 dochodziło szczekanie psa. Za chwilę stanęła w nich Wanda Rutkiewicz. Była boso. „Kiedy jestem w domu, lubię chodzić w skarpetkach, choć właściwie nie powinnam” - powiedziała i wsunęła nogi w wygodne białe klapki na koturnach. Tamtego dnia, wiosną 1992 roku, w ciemnych wąskich spodniach i oliwkowej bluzie wyglądała tak krucho, że trudno mi było uwierzyć, że nie oparło jej się osiem z 14 najwyższych wierzchołków świata. Tak zapamiętałam i opisałam nasze pierwsze, i ostatnie jak się okazało, spotkanie. Pani dużo wnikliwiej, choć nie bezpośrednio, przyjrzała się Wandzie Rutkiewicz.

- Była kobietą od przekraczania granic. Nie tylko tych dotyczących wytrzymałości, zdrowia. Ale i tych między państwami, bo żeby podróżować w tamtych czasach, trzeba było dostać paszport. Gdy nie miała pieniędzy, to je zdobywała. I jechała w góry wysokie, żeby…

- …przekroczyć kolejną granicę.

- Właśnie. Pisząc tę książkę, porwałam się na coś niemożliwego. Nie wspinam się, więc nie znałam środowiska alpinistów. Ale słyszałam, że jeśli wspinacz po pokonaniu lęków, słabości, przeszkód i przekroczeniu wielu własnych granic wejdzie na wierzchołek, czuje moc. Tym bardziej chciałam się dowiedzieć, czy tak było z kobietą, o której słyszałam, że chodziła w góry „jak na zatracenie”.

- Powiedziałaby Pani dziś, że zna Wandę Rutkiewicz?

- Raczej, że sporo się o niej dowiedziałam. A zaczęło się na dobre, gdy kupiłam na aukcji w Internecie książkę „Wszystko o Wandzie Rutkiewicz” autorstwa Barbary Rusowicz. Należała do człowieka, który był zafrapowany himalaistką i przez sześć lat - od 1992 roku - zbierał o niej informacje, wycinki prasowe. Robił na marginesach książki notatki. Oceniał kiedy jest autentyczna, a kiedy ukrywa prawdę. Ustaliłam, że mieszkał sto metrów od mojego domu.

- Różnie ją postrzegano.

- Dla jednych była wrażliwa, empatyczna, dla innych skryta, na swój sposób samotna. Na pewno nietuzinkowa. Hanna Wiktorowska, wieloletnia sekretarz Polskiego Związku Alpinizmu, podkreśla, że miała w sobie ogromną siłę i równocześnie dużo słabości, a do tego była osobą nieprzewidywalną, zarówno w górach, jak i na dole. Himalaiści mówili, że jest dyktatorem, ale w telewizji pojawiała się subtelna i elegancka kobieta. Miała wiele twarzy.

- W wieku 48 lat wymyśliła „Karawanę do marzeń” i w ciągu roku, dwóch chciała zdobyć Koronę Himalajów, czyli brakujące w jej kolekcji sześć ośmiotysięczników.

- Porywała się na rzeczy trudne, choć nie była już młoda.

- Czy ja wiem? Anna Czerwińska zdobywała ośmiotysięczniki później. Miała 52 lata, gdy weszła na Everest - i była wtedy najstarszą kobietą na tej górze. A Makalu zdobyła w wieku 58 lat.

- Wanda Rutkiewicz się szybko aklimatyzowała, miała dobre krążenie, nie odmrażała się, ale z jej wydolnością nie było tak dobrze jak u Czerwińskiej. Ciekawiło mnie, dlaczego osoba w jej wieku jest tak bardzo zdeterminowana, żeby się rozwijać, a nie podsumowywać życie.

- Walczyła, by być najlepsza. Umiała się koncentrować i na swoim świecie, i na swoim celu, i na zadaniach.

- Mniej na zwykłym życiu. Dlatego chciałam wiedzieć, co zaprowadziło ją na Dach Świata. To ona ukuła wtedy hasło: Każdy ma swój Everest. Była pierwszą Polką i Europejką na tej górze. A potem jako pierwsza kobieta weszła na K-2. Himalaiści byli pod wrażeniem. Kiedy się z nimi rozmawia, wielu wylicza słabości Wandy Rutkiewicz, niejednemu zalazła za skórę, ale przyznają, że była kobietą niezwykłą.

- Odkryciem - dla Pani jako autorki - był Zbigniew Błaszkiewicz, ojciec Wandy.

- Publicznie prawie o nim nie mówiła. Ale opowiadała o ojcu swojej kuzynce Barbarze Grabowskiej. Inżynier po studiach we Lwowie, miał otwarty umysł, szerokie horyzonty, znał języki. Nie bał się zmian, przeprowadzał się wiele razy, ćwiczył jogę, karate, był pływakiem i strzelcem. To on był inspiracją i motorem napędowym wielu działań w życiu alpinistki. On stoi za rozwojem jej ambicji oraz sukcesów w różnych dziedzinach sportu. Chciała mu imponować. On kolekcjonował patenty i miał coraz więcej pomysłów na wynalazki, ona kolekcjonowała górskie szczyty.

- W jakim stopniu śmierć wuja i brata, a potem równie tragiczna ojca - miały wpływ na jej życie?

- W dużym. Także z powodu matki. Maria Błaszkiewicz uznawała tamte tragedie za tabu. Żyła tak, jakby nie zagłodzono wuja w łagrze. Milczała, kiedy od wybuchu pocisku zginął we Wrocławiu starszy brat Wandy - Jurek. I wtedy, gdy wiele lat później brutalnie został zamordowany ojciec Wandy. A kiedy wyrasta się obok człowieka, który nie wyrzuca z siebie emocji, nie przeżywa kolejnych etapów żałoby, nie płacze, nie mówi o sprawach trudnych, ale odsuwa je od siebie, to przejmuje się taki właśnie sposób radzenia sobie z dramatami.

- Nie oczyszcza się, nie leczy ran, nie pozbywa bólu?

- A bez tego człowiek jest obciążony przeszłością. Wanda najprawdopodobniej była. W domu nie miała poczucia bezpieczeństwa. Nigdy nie było wiadomo, co się wydarzy; czy mama wybuchnie i zacznie rozbijać talerze, czy będzie kłótnia z ojcem, czy ściana się nie zawali. U Błaszkiewiczów nie siadano wspólnie do stołu, nie opowiadano sobie nawzajem, jak minął dzień, nie dzielono się wrażeniami. Dla Wandy namiastką rodzinnej wspólnoty były spotkania ze znajomymi przy ognisku. Wychowana w takich warunkach świetnie radziła sobie później tam, gdzie niepewność tego, co za chwilę się wydarzy, jest normą. Jeśli igram ze śmiercią, widocznie tego potrzebuję - mówiła. I tłumaczyła: kocham przygodę i ryzyko. One są częścią mojego życia.

- Spotkałam się z Marią Błaszkiewicz kilka miesięcy po zaginięciu Wandy Rutkiewicz. To była kilkugodzinna rozmowa w mieszkaniu przy Sobieskiego w Warszawie. Ta 82-letnia wówczas kobieta sprawiała wrażenie osoby miłej, wykształconej, o czym świadczyło piękne słownictwo, jakim się posługiwała. Mówiła o córce ciepło. „Wandzia była tak spokojna, rozluźniona i pogodna jak przed żadną wcześniejszą wyprawą”- mówiła, gdy wspominała pożegnanie córką przed wyjazdem na Kanczendzongę. Odnosiłam wrażenie, jakby były ze sobą bardzo blisko. Były?

- O to, jaka była mama, zapytałam Ninę, siostrę Wandy Rutkiewicz. Nie radziła sobie z opieką nad dziećmi, ze sprzątaniem i praniem, zakupami. Była kobietą oddaną mistyce Wschodu, interesującą się agni jogą czy okultyzmem. Jeśli ojciec Wandy - Zbigniew Błaszkiewicz nie zarządził, żeby dzieci posprzątały i nie pokazał im, jak się do tego zabrać - mieszkanie osaczał ich totalny bałagan. Nina wspominała, że to tata poświęcał czas dzieciom, skonstruował im kajak, zbierał na wycieczki, uczył jeździć na rowerze, szczepił róże w ogrodzie. A gdy zapytałam, co robiła mama - usłyszałam, że mama po prostu była. Wanda Rutkiewicz całe życie miała z mamą trudne relacje.

- Rozmówcy odkrywali przed Panią nieznane dotąd fakty z życia himalaistki.

- Często mnie zaskakiwali. Marcin Osiowski, kierowca, z którym Wanda jako pilot startowała w rajdach, przyznał, że byli też parą, choć był od niej kilkanaście lat młodszy. Zaskoczyła mnie relacja łącząca Wandę z jej pierwszym mężem Wojciechem Rutkiewiczem; to, że byli ze sobą tak blisko, a z drugiej strony tak daleko. Że o sprawach intymnych rozmawiali za pośrednictwem listów i to, że Wojciech Rutkiewicz oświadczył się jej, wręczając kartkę z pytaniem, czy za niego wyjdzie.

Ograniczony dostęp do treści - pozostało jeszcze 64%

Załóż konto i czytaj!

0 zł za testowy dostęp na 90 dni

Po wykupieniu otrzymasz pełen dostęp do wszystkich płatnych treści serwisów regionalnych Polska Press Grupy.

Uzyskaj bezpłatny dostęp

Masz dostęp? Zaloguj się