Wnuczka słynnych malarzy, bratanica poetki, swe życie związała nie ze sztuką, ale z naturą. Simona Kossak była wybitnym biologiem, kochała puszczę, las i zwierzęta. Prezentujemy fragment książki „O ziołach i zwierzętach”

Simona Kossak była biologiem z wykształcenia i leśnikiem z zamiłowania,krakuską z urodzenia i białowieżanką z wyboru. Ukończyła studia na Wydziale Biologii i Nauk o Ziemi Uniwersytetu Jagiellońskiego ze specjalnością psychologia zwierząt, a kolejne stopnie naukowe od doktora po profesora zwyzajnego otrzymała w dziedzinie nauk leśnych. Urodziła się i wychowała w Krakowie w Kossakówce, skąd po otrzymaniu dyplomu magistra przeniosła się do Białowieży. Ponad trzydzieści lat mieszkała w głębi Puszczy Białowieskiej, w starej leśniczówce o pięknej nazwie Dziedzinka. W życiu prywatnym była towarzyszką życia znanego fotografi ka przyrody Lecha Wilczka.

Pracowała w Zakładzie Lasów Naturalnych Instytutu Badawczego Leśnictwa, zajmując się zachowaniami dziko żyjących ssaków leśnych oraz ich ekologicznymi relacjami ze środowiskiem. Oprócz tego inwentaryzowała liczebność oraz skład populacji ssaków łownych i chronionych, przez co aktywnie pomagała leśnikom w racjonalnym zarządzaniu zwierzostanem i ochronie gatunków rzadkich. Była także jednym z pomysłodawców unikatowego na skalę światową urządzenia ostrzegającego dzikie zwierzęta - m.in. krzykiem sójki, ujadaniem psów, rżeniem konia - przed przejazdem pociągu. (...)

Simona Kossak była córką Jerzego, wnuczką Wojciecha i prawnuczką Juliusza - trzech malarzy batalistów rozmiłowanych w koniach, ojczystym krajobrazie i w polskiej historii. Była bratanicą poetki Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej oraz pisarki Magdaleny Samozwaniec. Jej stryjeczną babką była Zofi a Kossak-Szczucka, autorka powieści historycznych.

Opowiadania o ziołach i zwierzętach ukazały się po raz pierwszy w 1995 roku. Simona Kossak ma na swoim koncie też dziesiątki audycji radiowych i telewizyjnych oraz konkretnych działań na rzecz przyrody. Jak sama mówiła - jedyne malarstwo, z jakim sobie świetnie radziła, to pokrywanie jednym kolorem gładkiej ściany mieszkania. Dlatego w pewnym momencie wzięła do ręki kamerę - za swoje amatorskie fi lmy przyrodnicze otrzymała krajowe i międzynarodowe nagrody. (...)

Tojad mocny

„Nie wiem, co w nim upatrzyły wieśniaczki, że go w wiela miejscach w ogródkach swoich umyślnie utrzymują, roślina bowiem ta, a osobliwie korzeń, jest trucizną nie tylko dla ludzi, ale i dla bydła, kóz, owiec, wilków, myszy i kotów” - dziwił się Krzysztof Kluk opisując w Dykcyonarzu roślinnym jedną z najbardziej trujących roślin. „Pokazały doświadczenia lekarzów, że jakakolwiek część tej rośliny czyniła na języku gryzące, palące, kolące bole, które długo się utrzymywały i wiele śliny sprowadzały: język puchł, wargi siniały. Wewnętrznie, połknąwszy, następowały womity, ból straszny w żołądku, biegunka, opuchnienie żywota, zimno, palenie w mózgu, bóle w szyi, szczękach, piersi, na koniec śmierć”. I mimo że uczony ksiądz „w ogrodach radził go wygubić”, do dziś bernardynek jest często hodowaną rośliną ozdobną. (...) Kapturki niebieskie, trzewiczki, bernardynek, ziele piekielne, mordownik, gołąbki i - zdumiewająco proroczy - czarnobyl, to lokalne nazwy Aconitum napellus - tojadu mocnego. Jest to bylina rokrocznie wypuszczająca prosto wzniesioną łodygę o wysokości do pół metra. Jest naga, nieznacznie kanciasta, pojedyncza lub rozgałęziona. (...) Rzecz dziwna: substancje trujące zawarte w pyłku i miodzie nie zniechęcają trzmieli do odwiedzania tojadów, a roślina tak się uzależniła od swego jedynego zapylacza, że granice jej zasięgu na kuli ziemskiej pokrywają się z zasięgiem bytowania trzmieli. Jesienią dojrzewają owoce tojadu - mieszki, a w nich ułożone w dwa rzędy sześciokanciaste, wąskie, pomarszczone i uskrzydlone nasionka barwy brunatnej lub czarnej.

W Polsce w stanie dzikim żyje około dziesięciu gatunków. Napotkać je można na wilgotnych glebach wapiennych i próchniczych głównie w Tatrach, rzadziej w pozostałych częściach Karpat. Na całym niżu natomiast tojad mocny i jego międzynarodowe krzyżówki są mieszkańcami przydomowych, zwłaszcza wiejskich ogródków. Wiele gospodyń nawet się nie domyśla, jak zdradliwe moce kryje w sobie ta dekoracyjna bylina mylona czasem z niewinną ostróżką.

W całej roślinie, a zwłaszcza w bulwiastym korzeniu, znajduje się akonityna - najmocniejsza ze wszystkich znanych trucizn roślinnych, której dziesięć miligramów starcza, by powalić konia. Towarzyszą jej złowrogie siostrzyce: hipakonityna, mezoakonityna i neopelina. Ich stężenie zależy od fazy rozwojowej rośliny - najwyższe jest w czasie kwitnienia, oraz od lokalnych warunków glebowych i klimatycznych. Jak wszystkie alkaloidy są one nietrwałe; pod wpływem wody szybko rozpadają się na substancje mniej groźne, choć również szkodliwe. W wysuszonym zielu natomiast akonityna zwielokrotnia swą zajadłość, stąd domieszka tojadów w sianie staje się przyczyną ciężkich schorzeń lub nagłych upadków zwierząt domowych. W dzikiej przyrodzie zatrucia tojadem należą do rzadkości, gdyż zwierzęta wiedzione instynktem omijają go z daleka. Bywa jednak, że ten sam instynkt nakłania roślinożerce do sięgania po rośliny trujące. Zjawisko samolecznictwa zwierząt dzikich z trudem toruje sobie drogę do świadomości uczonych. Są jednak bezsporne obserwacje dowodzące zjadania przez chore łosie i inne jeleniowate niewielkich ilości tojadu i innych gwałtownie działających leków roślinnych. U ludzi, którzy ulegli zatruciu akonityną, pierwsze objawy choroby pojawiają się już w kwadrans po dostaniu się jadu do organizmu. Jest to gwałtowne podniecenie, po nim szybko postępujące znieczulenie ciała, ślinotok, wymioty i biegunka. Śmierć następuje w wyniku porażenia nerwów sterujących oddychaniem i pracą serca. Dawniej chorych ratowano środkami wymiotnymi, pojono letnią wodą z przaśnym miodem, oliwą i mlekiem. Dziś pierwsza pomoc to podawanie małymi porcjami octu lub wina, wywoływanie wymiotów, płukanie żołądka i jelit oraz stosowanie sztucznego oddychania - wszystko oczywiście możliwie szybko i najlepiej w szpitalu pod kontrolą lekarza.