- Świetnie Wisłocką rozumiałam - mówi Magdalena Boczarska, grająca rolę Michaliny Wisłockiej w filmie „Sztuka kochania” .

Na taką bohaterkę jak Michalina Wisłocka aktorka czeka latami.
Kocham Michalinę za to, że pojawiła się w moim życiu. I podziwiam za to, że była kobietą z jajami, petardą, społecznikiem o sile lodołamacza. Myślę, że dzisiaj taka kobieta bardzo nam by się przydała. Jej życie to nośna i nieprawdopodobna historia. Pracowaliśmy więc nad „Sztuką kochania” z głębokim przekonaniem, że ten film jej się jak najbardziej należy.

Pani urodziła się mniej więcej wtedy, kiedy „Sztuka kochania” Wisłockiej została wydana.
Urodziłam się dwa lata później. Ale w moim domu ta książka była. I to kuzynostwo uświadomiło mnie, że taka pozycja wydawnicza, takie seksualne eldorado znajduje się na półce. Moje pierwsze erotyczne wspomnienia i fantazje są właśnie ze „Sztuką kochania” związane.

Film cofa nas do czasów PRL. Kostium pewnie pomógł Pani stać się filmową Wisłocką. Czy coś jeszcze pomagało?
Nie można być postacią bez dobrego kostiumu i charakteryzacji, ale też bez dobrych dialogów i partnerów. A charakteryzacja w tym przypadku miała kolosalne znaczenie. Sam proces szukania w sobie Wisłockiej zajął mi kilka miesięcy. I te pierwsze próby charakteryzowania trwały nawet po sześć godzin dziennie. To wymagało wielkiej cierpliwości. Zdarzało się wtedy, że poddawałam się. Myślałam, że mi się nie uda. Że nie pasuję do tej roli. Ale wówczas Maria (Sadowska - reżyserka, dop. red.) i producenci mówili: - spokojnie, wytrzymaj, szukamy i na pewno coś znajdziemy. Kiedy już weszliśmy na plan, robienie charakteryzacji do filmu trwało dwie, trzy godziny dziennie, ściąganie jej około godziny. Ten proces nakładania „drugiej skóry” był tak inwazyjny dla mojej cery, że pod koniec filmu musiałam szukać pomocy u dermatologa i kosmetyczki.

Idąc na casting, nie myślała pani, że jest może zbyt ładna do roli?
Tu nie chodziło o urodę, tylko raczej o to, jak zagrać postać w tak innym wieku. Podczas castingu producenci nie mogli się zdecydować, czy Wisłocką ma grać jedna aktorka czy dwie - młodsza i starsza. Oczywiście było wiele znakomitych koleżanek po fachu, które mogły być bardziej oczywistym wyborem niż ja, chociażby ze względu na fizyczne podobieństwo do Wisłockiej. Obsadzenie mnie więc w tej roli było rzeczywiście ryzykowne. Ale Maria i producenci postawili na siłę charakteru, którą podobno w sobie mam. Tak jak Wisłocka.

To, że najważniejszych mężczyzn w życiu Michaliny Wisłockiej zagrali Piotr Adamczyk i Eryk Lubos, to w pewnym sensie pani wpływ.

„Sztuka kochania” to kino producenckie. Casting dotyczył nie tylko aktorów, ale też reżysera, operatora czy charakteryzatora. A potem, kiedy zdecydowano, że to ja zagram główną rolę, dalszą obsadę dobierano już pode mnie, ponieważ między mną a aktorami musiała być chemia. Kiedy więc na castingu pojawił się Piotrek i Eryk, wiedziałam, że chcę tylko ich.

Które sceny były dla Pani najtrudniejsze?
Na pewno nie sceny seksu. Najtrudniej mi było zagrać starszą Michalinę. Szukanie pomysłu na to, jak wydobyć z siebie tę starszą kobietę, spędzało mi sen z powiek.

Mówi Pani, że pokochała Wisłocką. A jest coś w bohaterce, co panią drażniło?

Nie. Wychodzę z założenia, że aby dobrze postać zagrać, trzeba jej zawsze bronić. Wcielając się w Wisłocką i przetwarzając w sobie jej emocje, świetnie ją rozumiałam. To, co było dla mnie piękne i pociągające w jej życiorysie, to fakt, że nie była kryształowa. Zresztą nie chcieliśmy stawiać jej pomnika, bo wiedzieliśmy, że z pomnikiem nikt się nie zechce utożsamiać. To była kobieta, która popełniała błędy, nie zawsze postępowała słusznie, ale przez to, jak sądzę, była dla nas człowiekiem z krwi i kości. Z jednej strony potrafiła tak pięknie mówić o miłości, a z drugiej miała problem, żeby tę miłość w życiu znaleźć. Ja się z nią absolutnie utożsamiam.

Pamiętam „Różyczkę” i nagrodę dla Pani na gdyńskim festiwalu filmowym. Teraz główna rola w „Sztuce kochania”, która też zapewne nie przejdzie bez echa. Jest pani szczęściarą w polskim kinie, które nie kocha kobiet.
To prawda, że polskie kino krojone jest pod mężczyznę i służy opowiadaniu jego historii. A ja zagrałam bohaterkę, która jest podmiotem, a nie przedmiotem, która nie jest ofiarą, a osobą walczącą w słusznej sprawie i idącą z systemem pod prąd. Tak, jestem szczęściarą.

Widziałam Pani spotkanie z prawdziwą córką Michaliny Wisłockiej - Krystyną Bielewicz i to jak ona powiedziała do Pani - witaj mamusiu. Bardzo mnie ta scena rozbawiła.
A ja do niej powiedziałam - witaj córeczko. Spędziłyśmy ze sobą dużo czasu więc, dla nas obu to oczekiwanie na film było dużym wydarzeniem. Zwłaszcza, że historia ich relacji nie zawsze była łatwa. Po premierze usłyszałam od niej, że widziała na ekranie mamę. Dla mnie to była najpiękniejsza recenzja.

Nauczyła się Pani czegoś od swojej bohaterki?
Praca nad tym filmem przypomniała mi o tym, że powinnam być dumna z tego, że jestem kobietą. I chyba inaczej teraz patrzę na swoją kobiecość.

Dzisiaj łatwiej być kobietą, czy może w czasach Michaliny było łatwiej?
Patrząc na współczesny świat myślę, że mam ogromne szczęście, ponieważ żyję w Polsce. Mogłam się urodzić jako kobieta w kraju Bliskiego Wschodu czy w Afryce. I wtedy moje życie wyglądałoby całkiem inaczej. A my żyjemy w środku Europy, w kraju wolnym od wojen i kataklizmów. Oczywiście sytuacja polityczna u nas nie jest zbyt ciekawa i właśnie pod tym kątem nasz film jest aktualny. Bo to film o kobiecie, która 40 lat temu walczyła o prawa kobiet. Tymczasem okazuje się, że 40 lat później my nadal musimy się o swoje prawa upominać. Ta aktualność jest właśnie tą porażającą siłą naszego filmu. A czy łatwiej być dzisiaj kobietą? Kij, jak zawsze, ma dwa końce. Dzięki emancypacji jesteśmy bardzo samodzielne. Ale to co jest naszą siłą, bywa też naszą słabością. Bo chciałybyśmy mieć bardziej męskich mężczyzn, takich na których mogłybyśmy polegać. Tymczasem teraz rola mężczyzny sprowadza się zazwyczaj do tego, żeby był. A to za mało.

Rozmawiała Ryszarda Wojciechowska

Wideo: Piotr Hukało