Na co dzień wykonuje pracę biurową. Biega w wolnym czasie, głównie dla przyjemności. Dziś ma za sobą swój życiowy sukces. Poznajcie notariuszkę z Gdańska - Joannę Mędraś.

Skąd tak ekstremalny pomysł, by wziąć udział w maratonie na Antarktydzie? Przecież jest tyle biegów... normalnych, ulicznych...
(śmiech) Bardzo te biegi uliczne, po asfalcie lubię, biorę w nich udział i nie zamierzam z nich rezygnować. Pomysł biegu po Antarktydzie pojawił się trzy lata temu. Pomyślałam sobie wtedy, że chociaż raz w życiu chciałabym przebiec maraton, zobaczyć jak to jest i czy w ogóle dam radę. Skoro maraton ten miał być jedynym w moim życiu, chciałam, żeby był wyjątkowy.

Ale przygotowanie Pani miała? Biegała Pani wcześniej, przed pomysłem na maraton na Antarktydzie?
Tak. Bieganie zawsze było obecne w moim życiu.

Z tym, że nie uprawiam i nigdy nie uprawiałam sportu zawodowo. Jestem typowym amatorem. Często uczestniczyłam w imprezach biegowych na terenie Trójmiasta. Trasy tych biegów nie miały jednak więcej niż 10 kilometrów.

Więc wpadła Pani na pomysł, że spróbuje sił na dystansie ponad 42 km i to jeszcze w ekstremalnych warunkach. Jak wyglądały przygotowania do tej wyprawy?
Wiadomo, że nie były jednolite i jednostajne przez całe trzy lata. Najpierw zapadła decyzja, a później nastąpił etap oswajania się z pomysłem (śmiech). Trzeba było pomyśleć o kosztach, sama opłata startowa pochłonęła sporo pieniędzy. Zaczęłam się też zastanawiać, czy nie powinnam jednak wcześniej przebiec tak długiego dystansu gdzieś w warunkach miejskich, tak, by start na Antarktydzie nie był tym pierwszym. Zgłosiłam się do maratonu w Berlinie. Szczęście mi dopisało, zostałam wylosowana w loterii przez organizatorów i w 2014 roku pobiegłam. Maraton ten wpisał się w cykl przygotowań do biegu po Antarktydzie. Przekonałam się wtedy, że jest to do zrobienia.

W jaki sposób dostała się Pani na Antarktydę i co Pani ze sobą zabrała?
Męża (śmiech). Udało mi się namówić go do wzięcia udziału w tym przedsięwzięciu razem ze mną! Aby dostać się do punktu zbiorczego w Punta Arenas w Chile, pokonaliśmy 5 lotów. Stamtąd po spotkaniu z organizatorem polecieliśmy wojskowym samolotem transportowym do bazy na Antarktydzie. Cała podróż z Polski zajęła nam ok. 44 godzin w jedną stronę i 48 godzin w drugą.

Wysadzili Was z wojskowego samolotu na końcu świata i co było dalej?
Większości z nas po prostu rozjechały się nogi (śmiech). Na lądowisku nie było żadnego śniegu, tylko sam lód. Tam poczuliśmy, że jesteśmy w niezwykłym miejscu. Najpierw podzielili nas na grupy, potem przewieźli samochodami terenowymi do obozu i wręczyli namioty. Muszę przyznać, że warunki socjalne na Antarktydzie znacząco różnią się od tych, które nawet samemu można sobie zagwarantować przed startami miejskimi (śmiech).

No tak, nocy przed biegiem nie mogli Państwo spędzić ani w domu, ani w wygodnym hotelu.
Dokładnie. A żeby w ogóle wystartować, musieliśmy czekać na lepszą pogodę. Wiatr wiał z prędkością 40 km/h, było silne zachmurzenie, mała widoczność. W sumie start przesunięto o półtora dnia.

Jak wyglądał sam bieg?
Cała trasa zajęła mi niemal 6 godzin. A zwycięzca biegu w kategorii mężczyzn pokonał ją w ok. 3,5 godziny, ale to zawodowiec. Warunki pogodowe nie były najgorsze, ale dużym problemem była ich zmienność na trasie. Były odcinki, gdzie wiatr wiał 5 km/h, świeciło słońce i było super, ale były też odcinki, gdzie wiatr sięgał 20 km/h, wiał prosto w twarz, a termometry pokazywały - 15 stopni.

W jakim stroju Pani biegła?
Byłam ubrana warstwowo, na cebulkę. Warstwą najbliżej ciała była bielizna termoaktywna z wełny, na to polar i następnie softshell. Obowiązkowo czapka.

Ma już Pani porównanie między biegami ulicznymi a tymi ekstremalnymi. Które sprawiają Pani większą frajdę?
Po przygodzie z Antarktydą, szukając nowych tras, łapię się na tym, że chcę, aby były one ciekawe.

Czyli biegi asfaltowe po takich przeżyciach już nie wystarczają?
(śmiech) To nie do końca tak. Ciągle chciałabym pobiec np. w Nowym Jorku czy w Tokio. Chciałabym poczuć atmosferę masowych biegów ulicznych, gdzie oprócz uczestników na trasie stoi też mnóstwo osób dopingujących. Tego na Antarktydzie nie doświadczymy. Tam się biegnie w samotności. W tym roku w biegu udział wzięło 50 osób, ale zdarzały się odcinki, że jak biegliśmy razem z mężem, to ani przed nami, ani za nami nie widzieliśmy żywej duszy. Na szczęście trasa była dobrze oznakowana, a co jakiś czas organizatorzy przejeżdżali obok nas na skuterach śnieżnych.

Czy każdy może wziąć udział w maratonie na Antarktydzie?
Bałabym się zaryzykować takie stwierdzenie (śmiech). Każdy sam w sobie powinien ocenić, czy da radę. Z przygotowaniem fizycznym, technicznym, logistycznym i finansowym można sobie poradzić. Natomiast ważne jest też przygotowanie psychiczne i emocjonalne, które jest bardzo indywidualne.

Być może powinnam o to zapytać na początku rozmowy, ale spytam teraz. Czym zajmuje się Pani na co dzień?
Jestem notariuszem, żeby wszystko było jeszcze bardziej dowcipne (śmiech). Ci, którzy widzą mnie przy okazji wykonywania mojej pracy biurowej, słuchają z niedowierzaniem, że czasami zza tego biurka się ruszam. Natomiast ci, co mnie znają ze ścieżek biegowych, nie dowierzają z kolei, że jestem notariuszem.

Na koniec chciałam Pani serdecznie pogratulować, i za wynik, i za samą odwagę wzięcia udziału w tak ekstremalnym przedsięwzięciu.
Dziękuję. Dla mnie sukcesem jest to, że w ogóle dobiegłam do końca. Zależało mi przede wszystkim na tym, aby dotrzeć do mety w miarę dobrym stanie.

Warto było?
Warto. Gdyby ktoś mi zaproponował, że wszystko mi zorganizuje i że w przyszłym roku też mogę lecieć, to nie zastanawiałabym się ani minuty.

Wideo: Dzień dobry TVN/ x-news