Łatwo nie było. Zarówno od strony emocjonalnej, jak i fizycznej. Dotyczyło to zwłaszcza scen rzezi - mówi Michalina Łabacz, suwalczanka, odtwórczynią roli Zosi Głowackiej w filmie „Wołyń”.

Arkadiusz Jakubik, grający w „Wołyniu” pani męża, stwierdził, że ten film był dla niego wyjątkowo wyczerpujący, zarówno pod względem fizycznym, jak i psychicznym. I natychmiast po zakończeniu zdjęć spakował się i wyjechał. Pani też tak to przeżyła?

W filmie występowałam po raz pierwszy. Każdy dzień na planie, każda scena były dla mnie ogromnym wyzwaniem. Czułam się przy tym mocno związana ze swoją bohaterką.

Tym większe emocje się pojawiały, także po zakończeniu zdjęć. Od razu wróciłam jednak do szkoły, czyli Akademii Teatralnej w Warszawie, więc miałam czym się zająć. Ten film przeplatał się zresztą ze studiami. Bo na pierwszym roku były castingi, na drugim i na trzecim - zdjęcia. Grając w „Wołyniu” nie zapominałam jednak, że to film, że to moja praca.

A był takim moment, że reżyser postawił jakieś wygórowane zadania, miała pani tego serdecznie dość i chciała się pakować?

Nie, taki moment się nie pojawił. Owszem, łatwo nie było. Zarówno od strony emocjonalnej, jak i fizycznej. Dotyczyło to zwłaszcza scen rzezi. Zdjęcia kręciliśmy w nocy, było zimno. W dodatku towarzyszyły nam dzieci. Chaty się paliły, na nakręcenie poszczególnych scen mieliśmy więc mało czasu. Ale z Wojtkiem pracuje się cudownie. Świetnie prowadzi aktora. Wszystkim życzę pracy z takim reżyserem. Zresztą, to chyba marzenie każdego aktora, żeby na swojej drodze spotkać kogoś takiego, jak Wojtek Smarzowski. Moje marzenie się spełniło.

Po debiucie u takiego reżysera, w takim filmie i po nagrodzie za ów debiut na festiwalu filmowym w Gdyni, ma pani prawo, żeby choć trochę woda sodowa w głowie zaszumiała. Coś się w pani życiu teraz zmieniło?

Niestety, nic się nie zmieniło.

Czym się będzie pani zajmować w najbliższym czasie? Może jakiś powrót do śpiewania, czyli tego, co pani jako dziecko i nastolatka robiła w suwalskim zespole Beciaki?

Zamierzam przede wszystkim skończyć szkołę. Jestem na czwartym, czyli dyplomowym roku. Robię też jedną rzecz w teatrze. W grudniu premiera.

Rozumiem, że chodzi o „Garderobianego” w Teatrze Narodowym, z Januszem Gajosem i Janem Englertem?

Zgadza się. A co do śpiewania, to skończyłam z nim, gdy poszłam na studia. To była piękna przygoda, którą miło wspominam. Ale nigdy nie wiązałam z tym swojej przyszłości. Zawsze chciałam zostać aktorką.

A gdyby pojawiła się propozycja gry w serialu telewizyjnym? Co sądzi pani o występowaniu w tego typu produkcjach?

Nie dostałam na razie takiej propozycji, więc trudno mi na to pytanie odpowiedzieć.