Jeśli pracodawca oferuje tylko minimalną pensję, szybko pracownika nie znajdzie. Z dwóch tysiecy bezrobotnych kobiet tylko jedna chciała odbyć staż w zawodzie cukiernika.

Renata Gaweł prowadzi w Gorlicach zakład cukierniczy. Od dawna poszukuje już pracowników, którzy przyszliby do niej na staż finansowany z biura pracy. - To, że są pieniądze na staże, nic niestety nie znaczy - stwierdza.

Złożyła w biurze pracy kilka ofert. Myślała, że uda jej się dzięki temu znaleźć pracowników. Przez pół roku, bo tyle trwa staż, chciała ich wyszkolić, a potem zaoferować stałą pracę. - Bardzo się zawiodłam. Zgłosiła się tylko jedna pani chętna do nauki, choć nie tracę nadziei - dodaje.

By jakoś „załatać” braki kadrowe, Renata Gaweł przyjęła teraz do pracy dwójkę praktykantów, uczniów szkół zawodowych. - To Justyna i Kaziu, obydwoje bardzo chętni do nauki i mimo młodego wieku już bardzo sprawni - relacjonuje. - Zatrudniłabym ich od ręki, ale oni jeszcze muszą chodzić do szkoły - komentuje.

Kim są młodzi, tak chwaleni ludzie? Kazimierz pochodzący z Moszczenicy chodzi do jednej z gorlickich szkół. Jak mówi, chce się dalej uczyć w technikum, więc jeszcze nie myśli o podjęciu stałej pracy. Justyna przyjechała do Gorlic z Polan koło Krempnej. Wybrała nasze miasto na praktykę, bo miała już okazję uczestniczyć w szkoleniach prowadzonych przez Renatę Gaweł. Przed nią też jeszcze co najmniej rok nauki w szkole. O pracy więc nie ma mowy.

W ciągu ostatniego roku bezrobocie w powiecie gorlickim spadło o dwa punkty i wynosi teraz niewiele ponad siedem procent. Bez pracy pozostaje u nas 3327 osób, a rok temu było ich 4500. W statystykach nie ma jeszcze tegorocznych absolwentów. - Można już teraz przyjąć, że to praca szuka człowieka, a nie na odwrót - mówi Jadwiga Makowiec, zastępca dyrektora Powiatowego Urzędu Pracy w Gorlicach. - Pojawia się coraz więcej ofert, i tak na przykład w maju ubiegłego roku było ich 190, a w tym roku mieliśmy 225 - dodaje.

Większa liczba miejsc pracy związana jest z pojawieniem się dodatkowych pieniędzy na aktywizację bezrobotnych. Teraz można garściami czerpać z puli choćby na doposażenie stanowiska pracy czy wspomniane już staże.

- Te ostatnie, to jednak kłopot - stwierdza Jadwiga Makowiec. - Daje się zauważyć niechęć do nich ze strony bezrobotnych. Jak sądzę ta oferta stała się mało atrakcyjna finansowo, bo praca przez pół roku za niespełna 1000 złotych nie jest dla nich zachęcająca - dodaje.

Młodzi ludzie są mniej chętni do tego, by się uczyć. Wyznają zasadę, że trzeba zarobić a się nie urobić. Obecnie najniższe wynagrodzenie to już 2000 brutto, czyli dwa razy więcej niż można dostać na stażu. Statystyki urzędu pracy nie odpowiadają też na pytanie, jak na rynek wpłynęło świadczenie 500+. - Nie mamy instrumentów, żeby to zbadać - informuje Jadwiga Makowiec.
11866652
-Można jednak przyjąć, że zdecydowanie zmniejszyło się zainteresowanie ofertami gdzie wynagrodzenie, oscyluje wokół tej minimalnej kwoty - dodaje.

Na rynku pracy brakuje robotników wykwalifikowanych. Pośredniak poszukiwał ostatnio ślusarzy.

- Trudno było znaleźć kogoś chętnego - dodaje.

Na gorlickim rynku dramatycznie brakuje też kierowców i mechaników samochodowych.

- Od zaraz możemy przyjąć kilkunastu, zarówno kierowców i mechaników - mówi Władysław Wojtarowicz, wiceprezes zarządu firmy Voyager. - Zarobki u nas są dużo wyższe niż najniższa krajowa, a i tak mamy z tym poważny problem. To niestety ogranicza nas rozwój. W tym roku uruchomiliśmy linie do Kołobrzegu i Ustki, ale niestety musieliśmy odłożyć w czasie połączenia międzynarodowe, bo nie ma kto jeździć - dodaje.

Ostatnio naszego lokalnego potentata transportowego spotkała przykra niespodzianka.

- Zgłosiło się do nas sześciu młodych ludzi, którym wystawiliśmy zobowiązanie o przyjęciu do pracy, gdy tylko zrobią, uprawnia w ramach szkolenia w urzędzie pracy - opowiada Władysław Wojtarowicz. - Po szkoleniu, zgłosiło się do pracy tylko dwóch - kończy.

>> Zobacz krakowskie inwestycje