Po fali protestów przeciwko projektowi zmian NSZZ Solidarność jest gotowy iść na kompromis. Poprawki napawają optymizmem, ale wciąż nie przekonują ekonomistów: - Nie tędy droga - mówią.

Grzywna zamiast kary pozbawienia wolności, dopuszczenie sprzedaży w sieci, a także zakupów w automatach z napojami czy batonikami - to przygotowane przez związkowców propozycje zmian, mające na celu złagodzenie zapisów obywatelskiego projektu o zakazie handlu w niedzielę. Choć pierwotną wersję dokumentu poparło w sumie ok. 520 tys. osób, wciąż budziła ona spore kontrowersje m.in. w środowisku ekonomistów. Po fali krytyki i protestów, a także za sprawą przedłużających się procedur w Sejmie, związkowcy postanowili pójść na kompromis.

- Jesteśmy otwarci na dyskusję. Zależy nam, aby wprowadzić rozwiązanie akceptowane przez jak największą część społeczeństwa - tłumaczy Marek Lewandowski, rzecznik Komisji Krajowej NSZZ Solidarność. - Od samego początku wybraliśmy ścieżkę wniosku obywatelskiego, zebraliśmy pod nim setki tysięcy podpisów, stworzyliśmy specjalny komitet, zgromadziliśmy mnóstwo sojuszników i chcemy wypracować taki projekt, aby wzbudzał on jak najmniej kontrowersji. Stąd propozycje zmian - dodaje.

Czytaj też: Handel w niedzielę - spojrzenie zza lady

Jeszcze nie wiadomo, które z nich zostaną ostatecznie przyjęte, ale przeciwników projektu już teraz napawa optymizmem przede wszystkim wizja likwidacji zapisu o karze pozbawienia wolności w przypadku złamania zakazu handlu w niedzielę. - Do kary więzienia nie jesteśmy szczególnie przywiązani. Ale jakieś rozwiązanie w postaci np. kontroli Państwowej Inspekcji Pracy jest konieczne. Być może instytucja ta mogłaby nakładać grzywny, a ich wysokość byłaby zależna od wielkości firmy handlowej, która złamała zakaz - kontynuuje Lewandowski i zaprzecza jakoby przedłużające się prace nad projektem w Sejmie miały związek z nieprzychylnym zdaniem rządu na jego temat. - Wszyscy jako obywatele jesteśmy obecnie zakładnikami ostrego sporu politycznego w każdej dziedzinie i nie ma sprzyjającej atmosfery do racjonalnej dyskusji - wyjaśnia.

A jak na proponowane przez NSZZ Solidarność zmiany patrzą przeciwni od samego początku całemu projektowi ekonomiści? Choć przyznają, że każda liberalizacja zapisów jest w tej sytuacji krokiem naprzód, wciąż nie zgadzają się z samą ideą zakazu handlu w niedzielę. - Oprócz Solidarności są inne związki zawodowe, które proponują, żeby praca w niedzielę była przedmiotem bezpośrednich negocjacji między pracownikami a pracodawcami. A to z tego względu, że w niedzielę bardzo często pracę podejmują osoby, które nie mają rodzin i dla których jest to szansa na dodatkowy, lepiej płatny zarobek - mówi Andrzej Sadowski, ekonomista i publicysta gospodarczy z Centrum im. Adama Smitha. - Rząd powinien opowiedzieć się po stronie rozwiązań, które sprowadzają tę sprawę do poziomu lokalnego. Mamy w Polsce wiele miejscowości, które żyją przez cały rok z turystów i gdzie sklepy nie tylko działają w niedzielę, ale mają charakter 24-godzinny. Mimo że proponowane obecnie przez Solidarność rozwiązania są łagodniejsze od poprzednich, nie zmieniają one faktu, że wciąż jest to próba decydowania o losach innych miast z pozycji Warszawy - dodaje Sadowski.

- Uważam, że to rynek powinien regulować zapotrzebowanie na handel w niedzielę i społeczeństwo, które ma prawo decydować, w jaki sposób chce spędzać swój wolny czas. Propozycje liberalizacji projektu idą oczywiście w dobrym kierunku, bo poszerzają możliwości handlu w niedzielę, ale trzeba uważać, żeby nie doprowadzić do sytuacji, w której powstanie szara strefa. Potrzeby społeczeństwa będą powodowały, że przy oficjalnym zakazie handlu będzie się on pojawiał nieoficjalnie - ostrzega prof. Marcin Kalinowski, ekonomista z Wydziału Finansów i Zarządzania w Wyższej Szkole Bankowej w Gdańsku.