Prezydent Krakowa powołał specjalny zespół do wprowadzenia nowej opłaty „od deszczówki”. Choć ustawy, która to narzuci miastu, wciąż nie ma.

Zgodnie z założeniami ministerstwa środowiska opłaty za odprowadzanie do kanalizacji wody opadowej i roztopowej wyniosą rocznie średnio ok. 30 zł na mieszkańca. Zyski skarbu państwa w skali roku sięgnąć ok. 4 mld zł. Najwięcej zapłacą gminy mocno zabudowane, duże miasta. Te koszty zapewne przerzucą na mieszkańców. Kraków już pracuje nad wprowadzeniem nowej opłaty. Choć ustawy jeszcze nie ma.

Opłata ma dotyczyć ilości wody odprowadzanej z zabudowań (powyżej 3,5 tys. mkw powierzchni) oraz tych, którzy zabudowali swoje działki powyżej 70 proc. ich powierzchni (jeśli w pobliżu nie ma kanalizacji deszczowej).

Jacek Majchrowski powołał specjalny zespół, który ma się zająć opracowaniem modelu ustalenia i pobierania opłaty. Przewodzi mu Wacław Skubida, dyrektor magistrackiego wydziału gospodarki komunalnej. Wczoraj odbyło się pierwsze posiedzenie.

- Nie mam czasu, żeby o tym opowiadać - usłyszeliśmy od dyrektora Skubidy. Zapowiedział, że informacje dostaniemy dzisiaj. Na razie nie wiadomo więc, kto i w jakiej wysokości będzie uiszczał nową daninę.

Krytycznie do pomysłu podchodzi radny Andrzej Hawranek (PO), szef komisji budżetowej w Radzie Miasta. - Wprowadzenie tej opłaty jest absurdalne. Nie widzę dla niej żadnego uzasadnienia poza fiskalnym - grzmi radny. Ma też pretensje, że o powołaniu zespołu radni dowiadują się z mediów. - A to przecież radni koniec końców będą decydować o wprowadzeniu opłaty - zaznacza Hawranek.

Radny Łukasz Słoniowski (PiS) broni pomysłu prezydenta.

- Władze miasta widzą, że świat się zmienia. Jeśli rząd rzeczywiście przyjmie nowe przepisy, to miasto będzie do tego gotowe. Urzędnicy muszą przygotować nowe rozwiązania pod względem prawnym - uważa radny. Dodaje, że opłata może skłonić mieszkańców oraz wspólnoty mieszkaniowe do oszczędzania wody.

Nowe prawo wodne miało być przyjęte przez rząd PiS już w listopadzie zeszłego roku. Prace jednak wciąż trwają. Opłatę za deszczówkę samorządy samodzielnie mogą nakładać już teraz. I część z nich to robi. Ponoszą je głównie sklepy wielkopowierzchniowe czy biurowce. Ale niektóre miasta nakładają też opłatę na wspólnoty czy spółdzielnie mieszkaniowe. Tak jest we Wrocławiu, gdzie od lat stawka za metr sześcienny odprowadzonej wody opadowej wynosi 1,59 zł. W 2016 roku Wrocław z tego tytułu zarobił 11 mln zł.

- Wprowadzenie opłaty „za zmniejszenie naturalnej retencji”, którą planuje ministerstwo będzie miała charakter podatku niezależnego od naszej usługi - przekonuje Tomasz Jankowski, rzecznik wrocławskich wodociągów. Wysokość podatku jest jednak niewiadomą.

- Szacunki z zeszłego roku o koszcie 30 zł na mieszkańca mogą być już nieaktualne, bo od tego czasu projekt ustawy zmieniał się wielokrotnie - zastrzega Dominik Gajewski, ekspert Konfederacji Lewiatan. - W projekcie jest zapisany mechanizm, który finalnie opłaty za deszczówkę, decyzją samorządu, przerzuci na mieszkańca. Nie wiemy jednak, jaki będzie system opłat - dodaje.

Zyski z deszczówki mają wpływać do nowej spółki Wody Polskie. Samorządom zostanie z nich raptem ok. 10 proc.

Nowe prawo wodne będzie miało zatem na celu obciążenie kosztami mieszkańców rękami samorządów. A zyski zbierze głównie państwo. W ostatniej wersji projektu ustawy z opłaty zwolnione będą domy jednorodzinne, a także kościoły i związki wyznaniowe. To już wzbudza spore kontrowersje.