Tym razem padło na działania oenzetowskiego Światowego Programu Żywnościowego w rozdartej wojną domową Somalii, dojonego przez miejscowych kombinatorów, szemranych polityków i wojskowych rzezimieszków, a także skorumpowanych urzędników ONZ.
Do dziś wszyscy byli zadowoleni. Wyżej wzmiankowani kosili kasę. Zleceniodawcy programu pomocowego cieszyli się, że kosztem setek milionów dolarów ratują głodujących. Wycieńczeni długoletnią wojną i bezrządem Somalijczycy mogli się cokolwiek pożywić pozostawionymi im resztkami. Rutynowe kontrole nie wykrywały niczego zdrożnego.
Komuś jednak zależało, by zburzyć gładką fasadę i pokazać brzydką
prawdę o pomocy dla nieszczęśników w jednym z zapadłych kątów Afryki. Dzięki temu możemy sobie znowu przypomnieć, że ubocznym skutkiem filantropii często bywa korupcja.
Naiwnością byłoby wierzyć, że poza Somalią nie ma cwaniaków świetnie zarabiających na cudzej ofiarności. Nadużycia przy dostarczaniu i rozdziale zagranicznej pomocy są niestety ogólnoświatową normą. Raz po raz gdzieś wybucha afera i może coś zmienia się potem nawet na lepsze, ale szybko i tak wraca do normy.
Niewykluczone, że skala nadużyć w Somalii okaże się wyjątkowo duża i ujawnione fakty pozwolą ograniczyć haracze dla pośredników i urzędników. Jeśli do głodujących dotrze trzy czwarte przeznaczonej dla nich żywności zamiast połowy, to już będzie spora poprawa.