PolskaTimes.pl

Stwórz własną społeczność!

Serwis powstaje we współpracy z The Times

piątek 30 lipca 2010 r. imieniny obchodzą: Ludmiła, Julita, Piotr

Poznali się dzięki anatomii zwierząt. W lecznicy łączy ich po dziś dzień

Poznali się dzięki anatomii zwierząt. W lecznicy łączy ich po dziś dzień

Rodzina Szydłowskich w komplecie - Danuta i Jacek z tróją dzieci: Marzeną, Grzesiem i Julką (© Adam Wojnar)

Gazeta Krakowska Barbara Sobańska

2010-03-05 20:33:32, aktualizacja: 2010-03-05 20:44:58

Danuta i Jacek Szydłowscy ukończyli weterynarię na Akademii Rolniczej we Wrocławiu. Małżeństwem są 16 lat, a od 15 prowadzą lecznicę dla zwierząt na os. Złotej Jesieni w Nowej Hucie. Czy któreś z ich dzieci zechce przejąć przychodnię? Nie wiedzą. 6,5-letni syn Grzesio na razie zamierza zostać paleontologiem, ale nie wyklucza, że może zmienić zdanie - pisze Barbara Sobańska

Danuta Szydłowska

Dziś weterynaria jest damskim zawodem, ale gdy my studiowaliśmy - oboje we Wrocławiu - proporcje były przeciwne - na roku było ponad stu mężczyzn i tylko osiem dziewcząt. Byłyśmy na świeczniku. Akademik, w którym mieszkałam, był tylko dla dziewcząt - istny babiniec - dziś rzecz niespotykana. W porze obiadowej koledzy regularnie, "przypadkiem", odwiedzali nas w nadziei zjedzenia czegoś smacznego, ale Jacek nigdy nic nie chciał jeść. Nie w tym celu przychodził.

Wyróżniał się też na innych polach. Nigdy nie słyszałam, żeby przeklinał, a studenci weterynarii wyrażali się dość siarczyście. Był trochę

inny niż wszyscy.

Ślub braliśmy koszmarnie niewyspani. O w pół do ósmej rano. Bo zaraz po nim był kościelny - z białą suknią, welonem i prawdziwym, chociaż skromnym weselem. Pobraliśmy się zaraz po studiach, przez rok pracowaliśmy w Łodzi, gdzie stawialiśmy pierwsze kroki w zawodzie. Szybko postanowiliśmy założyć własną lecznicę i wybraliśmy Kraków, choć żadne z nas wcześniej tu nie mieszkało. Ja pochodzę ze Śląska, a mąż z Podkarpacia. Kraków jest akurat w połowie drogi i oboje bardzo lubimy to miasto.

W lecznicy dowodzi mąż, który spędza tam znacznie więcej czasu, bo zawód lekarza weterynarii wymaga poświęcenia. Wielu rzeczy nie da się przewidzieć, życie pisze własne scenariusze. Można sobie coś planować, ale gdy pojawi się psiak z przeciętą łapą, trzeba mu natychmiast pomóc. Ja bardziej zajmuję się rodziną - trójka dzieci wymaga uwagi.

Decyzje podejmujemy razem. I rodzinne, i zawodowe. Wspólna praca ma swoje plusy - potrafimy dobrze zorganizować sobie czas, ale i minusy - nie umiemy zostawić jej za progiem domu. To podobno niezdrowe psychicznie, ale nam specjalnie nie przeszkadza.

Lubimy swój zawód. Problematyczna jest kwestia urlopów, wolnych sobót, jakiegoś wyjazdu. Bo nie można tak po prostu zamknąć przychodni - mamy pacjentów objętych stałą opieką. To nie jest zawód, który można zawiesić na kołku. Czas pracy jest nienormowany. Bywa, że mąż wychodzi z domu rano, wpada w południe na obiad, a potem przychodzi o północy. Jacek jest pracoholikiem. Jeśli się za coś bierze, robi to z pasją i zawsze doprowadza każdą rzecz do końca. Niestety, to sprawia, że urlopy mamy bardzo rzadko.
strona: 1 z 3 »

Reklama

Gazeta Krakowska»

Copyright © Polskapresse Sp. z o.o.
Realizacja serwisu: Gratka Technologie Sp. z o.o.

Mapa serwisu | Dla prasy | Kontakt | O nas | Regulamin | Prywatność | Reklama | eGazety | Sklep internetowy