W zapomnianej katastrofie kolejowej w Czechach stracili...

    W zapomnianej katastrofie kolejowej w Czechach stracili bliskich

    Artur Drożdżak

    Aktualizacja:

    Gazeta Krakowska

    W 1970 r. w zderzeniu dwóch pociągów pod Brnem zginęło 30 pracowników kolei z Małopolski. Udało nam się skontaktować z kilkoma rodzinami zmarłych. Czesi po 46 latach od zdarzenia postanowili uczcić ofiary katastrofy. W sobotę 17 września na wiadukcie, gdzie doszło do tragedii, zostanie odsłonięta pamiątkowa tablica.
    Henryka Wójcik straciła w katastrofie pod Brnem swojego męża Stanisława. Ona miała wtedy 26, a on 30 lat.

    Henryka Wójcik straciła w katastrofie pod Brnem swojego męża Stanisława. Ona miała wtedy 26, a on 30 lat. ©fot. Artur Drożdżak

    W zapomnianej już wielkiej katastrofie kolejowej pod Brnem 11 grudnia 1970 roku zginęło 30 Polaków. Przed kilku tygodniami „Gazeta Krakowska” przypomniała o tej tragicznej dacie, informując, że dzięki uporowi i staraniom Czeszki mieszkającej w miejscu katastrofy, Czesi odsłonią tablicę ku czci ofiar. Po tekście zgłosili się do nas bliscy osób, które straciły wówczas życie. Dzięki nim mógł powstać ten tekst.


    Opowiada Henryka Wójcik


    To miała być zwykła wycieczka kolejowa na Węgry. Rok wcześniej już byłam na takiej. W wagonie socjalnym znajdowała się kuchenka, naczynia, całe wyposażenie. W nocy podróżowaliśmy, a w dzień odstawiano nas na boczny tor i z przewodnikiem zwiedzaliśmy kolejne miejscowości. Potem jechaliśmy dalej tym wagonem; tego rodzaju wycieczka przeważnie trwała tydzień.

    Miałam również jechać wtedy, w grudniu 1970 r., ale w końcu się nie wybrałam i pojechał mój mąż, Stanisław. Był zastępcą zawiadowcy trakcji, elektrykiem na kolei, lubił swoją pracę.

    Wyruszyli w niedzielę wieczór z Dworca Głównego w Krakowie 6 grudnia, a śmierć ponieśli w drodze powrotnej, w piątek 11 grudnia. Ja o wypadku dowiedziałam się z radia. Aż mnie ciarki przeszły, gdy usłyszałam, że wykoleił się pociąg relacji Budapeszt - Praga. Mieliśmy kolejowy telefon do dyspozytorni, zadzwoniłam, ale niczego nie wiedzieli.

    Jedyną osobą, która przeżyła, była Teresa Bakowicz. Z tego, co wiem, zmarła ze trzy lata temu. Kilka razy rozmawiałam z nią o katastrofie.

    Przychodziły wtedy różne wiadomości, bo czas był ciężki w Polsce. Wie pan, rozruchy na Wybrzeżu, po podwyżkach.

    Wiem od Bakowicz, że po odprawie na granicy węgiersko-czeskiej wszyscy pasażerowie poszli się położyć. Mieli dojechać do Pragi, być tam do popołudnia i potem mieli wracać do kraju. Pani Bakowicz pamiętała, że zapaliła papierosa, a mój Staszek zażartował, że powie o tym jej mężowi. Potem zasnęła pierwszym snem.

    Obudził ją straszny huk, okropny ból i więcej niczego nie zapamiętała. Przeżyła, bo w innym wagonie jechał lekarz Jugosłowianin, który udzielił jej pomocy. Polski wagon po zderzeniu z innym pociągiem wykoleił się, zawisł na wiadukcie, ale koła zostały na torach. Pani Bakowicz spała na dole w przedziale i czegoś się złapała. Inny wagon, Warsu, spadł całkiem z wiaduktu, z wysokości 36 metrów.

    Od nas z kolei nikt nie pojechał, by badać przyczyny katastrofy pod Brnem. Dostała się tam tylko jakaś komisja wojskowa z Polski.

    Ja chciałam pojechać na rozpoznanie zwłok, ale w dyrekcji kolei uspokoili mnie, że nie muszę, bo mąż miał dowód osobisty i poznał go znajomy lekarz, który był na miejscu. Słyszałam, że zginęło pięć małżeństw i ich dzieci zostały same.

    Spotkałam dziewczynę, która była na rozpoznaniu zwłok w prosektorium. Mówiła, że nagie ciała leżały w wannach. Nie rozpoznała mamy, bo kilka osób nie miało głów. Przeszła dwa razy i łzy jej poleciały, nie wiedziała, które jest ciało jej mamy. Przypomniała sobie w końcu, że miała dwa palce zrośnięte razem i po tym ją poznała.

    Stąd, od nas, były 4 osoby: Kazimiera Kaczor, Stefania Ślusarek, Walerian Madej i mój mąż.

    Chcieliśmy zrobić jeden pogrzeb, ale dyrekcja kolei się na to nie zgodziła. Trumny przywożono godzinę przed pogrzebem, ale ja podałam inną godzinę pochówku, by mieć więcej czasu. Zdjęłam wieko z drewnianej trumny, w środku była zaplombowana metalowa druga trumna. Wzięłam nóż i wykroiłam w niej dziurę, bo blacha była cienka jak w konserwach. Krzyczeli na mnie, ale musiałam zobaczyć, kto jest w środku. W nerwach różne rzeczy się robi. Na szczęście tam był mój mąż. Pamiętam, że miał zeszytą głowę, dziurę w policzku, a na włosach krew. Przez wyciętą dziurę włożyłam rękę tak głęboko, jak tylko się dało. Sprawdziłam, czy głowa jest przyszyta, ale upewniłam się, że była razem z ciałem.

    Mąż miał granatowy garnitur i białą koszulę, był porządnie ubrany, trochę przypudrowany. Czesi zachowali się super.

    Dla mnie to, co się stało, to była tragedia. Mąż miał 30 lat, ja 26 lat. Zostałam z dwojgiem dzieci. Syn kończył wtedy 4 lata, a córka była od niego starsza o 20 miesięcy. Kiedy mąż odjeżdżał, to syn prosił go, by mu kupił zabawkę, koparkę. Kiedy przywiozłam trumnę i pokazałam ją dzieciom, to synek prosił, bym głębiej włożyła rękę, bo tam pewnie jest ta koparka od tatusia.

    Były różne wersje na temat przyczyn katastrofy. Pojawiły się plotki, że się zemścili na nas za to, że polskie wojsko weszło do nich wcześniej, w 1968 roku.

    Ze Staszkiem ze sobą chodziliśmy rok, poznaliśmy się przez jego kuzynkę. Potem już z nikim się nie związałam. Po mężu została mi książeczka do nabożeństwa i obrączka, którą noszę do tej pory. Minęło już 46 lat, ale gdy siadamy do Wigilii, to mi łzy z oczu lecą.

    Mówi Ryszard Cięciak


    W katastrofie pod Brnem w grudniu 1970 roku zginął mój ojciec Roman oraz brat Janusz. Ojciec osierocił niepełnoletniego syna Andrzeja i mnie, a brat roczną córkę Agnieszkę. Cała rodzina mocno przeżyła śmierć bliskich.

    Wyjazd do Budapesztu organizowany był przez Wydział Socjalny Węzła Prokocim na rzecz pracowników kolei. Ja od początku byłem przeciwny wycieczce ojca i brata, jednak przeważyła chęć zobaczenia Budapesztu, a przy okazji zaopatrzenia się w niedostępne u nas w tym czasie artykuły codziennego użytku. Niestety ojciec i brat stali się ofiarami katastrofy pod Brnem, do której doszło na blisko czterdziestometrowym wiadukcie.

    Pierwsze informacje na temat zderzenia pociągów dotarły do nas z Dyrekcji Kolejowej. Były sprzeczne co do ilości ofiar. Uważałem, że konieczne jest jak najszybsze dotarcie na własną rękę do miejsca zdarzenia. Z pomocą przyszedł mi przyjaciel, którego autem wyruszyliśmy do Brna.

    Na miejscu byliśmy wieczorem i pojechaliśmy od razu na dworzec kolejowy. Spodziewaliśmy się uzyskać wiarygodne informacje od pracowników kolei. Spotkaliśmy się z wielką życzliwością ze strony kolejarzy i funkcjonariuszy milicji.

    Jedni i drudzy zdawali sobie sprawę z ogromu tragedii i nie byli zbyt rozmowni, ale otoczyli nas bezinteresowną opieką. Dzięki nim mogliśmy przenocować w pomieszczeniach miejscowej milicji. Ustaliliśmy, że dalsze działania możemy podjąć dopiero rano. Dotarliśmy do szpitala, gdzie były złożone zwłoki ofiar katastrofy.

    Po sprawdzeniu dokumentów zostałem wprowadzony do pomieszczenia, w którym znajdowały się ciała i poproszony o rozpoznanie członków rodziny. Zwłoki, jakie mi wówczas okazano, były wyraźnie wcześniej przygotowane do tej czynności.

    Ojca poznałem bez problemu, ale nie zauważyłem zwłok brata, co przez moment wywołało u mnie radość. Byłem wtedy przekonany, że jednak nie ma go wśród ofiar. Tę informację przekazałem lekarzowi szpitala, który niestety szybko rozwiał moje nadzieje i wskazał trumnę, w której leżał mój martwy brat.

    Powrót do Krakowa był dla mnie trudny, gdyż zdawałem sobie sprawę, że muszę o zgonie brata i ojca zawiadomić mamę oraz żonę brata. Pogrzeb odbył się na cmentarzu Rakowickim.

    Ciała złożono w grobowcach, które tymczasowo udostępnili nam przyjaciele. Dzięki przychylności władz miasta przydzielono nam później miejsce pod grobowiec rodzinny i tam brat i ojciec do tej pory spoczywają.

    Po latach rodzinie udało się uzyskać niewielkie zadośćuczynienie, które wspomogło finansowo moją mamę oraz młodszego brata Andrzeja. Finansowe wsparcie otrzymała też moja bratowa, wdowa po bracie Januszu.

    Nigdy nie byłem na miejscu katastrofy. Jestem wdzięczny osobom ze strony czeskiej, które zadbały o upamiętnienie ofiar.

    Relacja Jolanty Konopki


    To zdarzyło się miesiąc przed moimi 18. urodzinami, które miałam obchodzić 11 stycznia.

    Rodzina mojej mamy pochodziła ze Wschodu, ona urodziła się w Stryju koło Lwowa. Miała oryginalne imię Dioniza, była z rocznika 1923.

    Wtedy pracowała na centrali telefonicznej w Południowej Dyrekcji Okręgowej Kolei na placu Matejki. Na wycieczkę wybrała się prawie w ostatniej chwili. Zdecydowała się tydzień przed jej terminem i wyjechała za koleżankę, której coś wypadło. Ja mamę odprowadziłam na dworzec. Pokazała mi wagon, przedział sypialny i kuchenkę, gdzie będą gotować.

    Miała wracać za kilka dni, chyba 12 grudnia. Namówiłyśmy ją z siostrami na wyjazd, bo to była okazja, by pozwiedzać.

    11 grudnia ojciec dostał wiadomość, że był wypadek i są ofiary, jednak nic więcej nie wiedział. Pojechał do Czech, ale nie wiem, czy do Żikonina, czy Brna. Załatwili wizy i pozwolenia i udali się tam z wicedyrektorem z naszych kolei, którego członek rodziny też ucierpiał w katastrofie.

    Słyszałam później, że Czesi zamiast zaprowadzić ich na salę chorych, poprowadzili bez ostrzeżenia do prosektorium od razu na rozpoznanie zwłok.

    Potem się dowiedziałam, że mamusia była bardzo zmasakrowana i rozpoznano ją po obrączce i bliźnie operacyjnej. Mama paliła, więc prawdopodobnie wyszła na korytarz na papierosa w chwili wypadku. I tam ją znaleziono. Ja nie wiedziałam nic więcej oprócz tego, że był wypadek, są ranni. Usłyszałam, że tata jedzie do Czech, by mamę przywieźć na leczenie. W tym przeświadczeniu żyłam cztery dni. Starsze siostry nie pozwoliły mi iść do liceum, bym się nie dowiedziała, co się stało, o czym już było wiadomo z gazet.

    Siostra Ewa strasznie płakała, a ja ją pocieszałam, że są takie postępy medycyny i żeby nie martwiła się o mamę, bo ją wyleczą. Siostra jednak już wiedziała, że mama nie żyje, ale nie miała odwagi mi o tym powiedzieć.

    Po pięciu dniach zastałam na łóżku złożone dla mnie czarne ubranie. Wtedy zrozumiałam, co się stało.

    Pogrzeb odbył się 18 grudnia. Niewiele z niego pamiętam, tylko trumnę i wielką plombę na niej z boku.

    Mama została pochowana na cmentarzu Rakowickim w ziemnym grobie, ale później przeniesiona do grobowca. Ja dostałam nerwicy i pół roku odchorowałam w szpitalu. Tam obchodziłam 18. urodziny. Pogrzeb mamy wypadł w dniach krwawych wydarzeń na Wybrzeżu. Siostra i brat mamy, którzy mieszkali w Gdyni i Gdańsku-Wrzeszczu, nie mogli przez to przyjechać na pogrzeb.

    Ciężkie to były dni. Nic nie wiem na temat odszkodowań dla rodzin ofiar, może z tego tata zrobił grobowiec. Nie interesowałam się tym. Tata zmarł pięć lat temu i zapytać go o szczegóły już nie mogę.

    Mój starszy syn Michał mieszka teraz w Irlandii, ale obiecał, że zabierze mnie w przyszłym roku do Czech, na miejsce katastrofy. dokladnie tam, gdzie jutro, 17 września, zostanie wmurowana pamiątkowa tablica.

    Żikonin
    11 grudnia 1970 r. na wiadukcie kolejowym w tej miejscowości pod Brnem, na skutek zderzenia z lokomotywą wypadł z szyn skład towarowy i zatarasował sąsiedni tor, po którym pędził międzynarodowy ekspres Panonia z Budapesztu do Pragi. W katastrofie zginęło 31 osób, w tym 30 Polaków, pracowników małopolskich kolei, którzy wracali z wycieczki na Węgrzech.

    17 września, na pamiątkę tej trzeciej co do wielkości katastrofy kolejowej w tym kraju, wmurowana zostanie pamiątkowa tablica na 36-metrowym wiadukcie. O sprawie po raz pierwszy napisaliśmy w lipcu br.

    Komentarze (1)

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Autor komentarza nie dodał zdjęcia
    tu lnk

    t (gość)

    Zgłoś naruszenie treści / 3

    http://rf.gov.pl/tekst.php?kategoria=art-435-prowadzacy-przedsiebiorstwo&text_id=wyrok_SN___z_dnia_1972_11_22___________________II_CR_458_72__OSNC_1973_7-8_139&id=882

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Polecamy

    Wideo