Okiem Jerzego Stuhra. Przedświątecznie

Okiem Jerzego Stuhra. Przedświątecznie

Jerzy Stuhr

Gazeta Krakowska

Aktualizacja:

Gazeta Krakowska

Okiem Jerzego Stuhra. Przedświątecznie
Znowu zbliżają się Święta i znów wszyscy czekamy na wzajemne życzenia. Czy jest coś szczególnego, co chciałby Pan przekazać Czytelnikom?
Okiem Jerzego Stuhra. Przedświątecznie
Okres świąteczny jest bardzo dobrym czasem, by spokojnie i ciepło spojrzeć wstecz. To nie pomyłka. Tyle jest przecież wokół nas spraw, które denerwują, przeciwko którym słusznie protestujemy… A gdyby tak w święta pozostawić je na boku, a wybrać sobie do rozmów i rodzinnych analiz jakieś miłe wspomnienie? Wiem, to przewrotne życzenie, ale może działać na psychikę jak balsam! Dla tej zmęczonej, zdenerwowanej psychiki, która często nie potrafi odpoczywać, takie lekarstwo może być dobre!
Pomyślałem o tym niedawno, gdy odbywał się w Krakowie jubileusz Teatru STU. Nie sądziłem, że tak się tym jubileuszem wzruszę, i że tak mnie on oderwie od tego wszystkiego co wokół, choć przecież od mojego związku z tym teatrem minęło sporo lat.

Kiedy się rozejrzałem po sali Urzędu Miasta, do której pan prezydent Majchrowski nas zaprosił, gdy zobaczyłem te tłumy aktorów i fanów teatru, to zorientowałem się, że razem z Jurkiem Trelą i z Olgierdem Łukaszewiczem jesteśmy najstarszymi członkami Teatru STU. Wprawdzie senator Fedorowicz wołał, że on był członkiem założycielem, ale gremium go potraktowało troszkę humorystycznie.

Krzysztof Jasiński posadził nas na honorowych miejscach, a ja przypomniałem sobie, że wtedy, 50 lat temu, byłem specjalnym planem Jasińskiego. Bo jako pierwszy doszedłem do teatru spoza szkoły teatralnej, by udowodnić, że jest to teatr ogólnostudencki, a nie tylko złożony z przyszłych aktorów. A ja akurat byłem wtedy na polonistyce.

Zaczęli jeździć na różne festiwale studenckie, teatralne, wygrywali, jak chcieli. „Pamiętnik wariata” Gogola był spektaklem sztandarowym. Lecz gdy zgarniali wszystkie nagrody, to inni uczestnicy konkursów zaczęli protestować, mówiąc, że to teatr zawodowy, bo ma wyłącznie studentów ze szkoły teatralnej, a przecież tu chodzi o ruch amatorski. I żeby wytrącić przeciwnikom ten argument z rąk, Jasiński postanowił zaangażować na próbę dwie osoby: Lucynę Demarczyk, siostrę Ewy, która była wówczas studentką ASP, i mnie: studenta polonistyki. I tak się zaczęła moja przygoda z Teatrem STU. Był rok 1967!

Ostatnie spotkanie było specjalnie wzruszające. Wszak „nagle” minęło 50 lat! Krzysiek Jasiński ładnie powiedział, że teraz wybierze sobie nowego dyrektora, bo przecież 50 lat temu też sam się mianował dyrektorem, więc teraz sam się odwoła. I tak było. Był zawsze pełen pomysłów. Kiedy przyjął mnie i Lucynę, to rozszerzył działalność teatru. Powstało Studium, gdzie zostałem sekretarzem i przyjmowałem ludzi: Włodzimierza Staniewskiego przyjąłem, Franciszka Mułę, Włodzia Jasińskiego, którego znałem wcześniej, bo studiował filologię rosyjską… Sami znani teraz aktorzy! Byłem sekretarzem, a Krzysiek Jasiński egzaminował. Teatr STU wciąż się zmieniał. Siła Krzysztofa i tej formacji tkwiła w wiecznej umiejętności przepoczwarzania się. Bo teatr jest taką instytucją, która podlega zmianom estetyki. Chyba najbardziej ze wszystkich sztuk. Powieść - to jest powieść. I dzisiaj możesz napisać powieść, jak Olga Tokarczuk, tradycyjną, od czasu Prusa niewiele się zmieniło. Malarstwo poszło dalej, ale realistyczny portret pozostał w cenie. Mimo że Chagall, Picasso zmienili wszystko, to gdy patrzę na portrecik chłopczyka Vlastimila Hofmana, to ciągle się wzruszam.

Teatr natomiast straszliwie szybko, z pokolenia na pokolenie zmienia estetykę. Ignacemu Gogolewskiemu do głowy by nie przyszło, by piękna koszula Słowackiego wyszła mu z portek. A Jurkowi Treli w „Dziadach” już wyszła. Mówię to metaforycznie, ale pamiętam, że Swinarskiemu niektórzy aktorzy z Warszawy odmawiali ze względów… estetycznych. Jan Kociniak powiedział: „Nie po to pracowałem na swoje dobre imię przez tyle lat, żeby teraz zakląć ze sceny”. Teatr jest bardzo żywy. Niektórzy tego nie akceptują. Jasiński jednak wiedział, że on się musi zmieniać. Gdyby utknął w estetyce „Pamiętnika wariata”, nikt by dzisiaj nie słyszał o teatrze STU. To wielka umiejętność, żeby przechodząc różne rafy, pamiętać o ciągłej zmienności i to przez 50 lat…
NOTOWAŁA: maria malatyńska

Komentarze

Dodajesz komentarz jako: Gość

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

Liczba znaków do wpisania:

zaloguj się

Najnowsze wiadomości

Zobacz więcej

Najczęściej czytane

Polecamy

Wideo