Ważne
    Artyści za przymkniętymi drzwiami

    Artyści za przymkniętymi drzwiami

    Katarzyna Janiszewska

    Gazeta Krakowska

    Aktualizacja:

    Gazeta Krakowska

    Barbara Jesionkowska, choć jest już na emeryturze, nadal tworzy: maluje pejzaże, martwą naturę

    Barbara Jesionkowska, choć jest już na emeryturze, nadal tworzy: maluje pejzaże, martwą naturę ©Andrzej Banas / Polska Press

    Mieszkają tu malarze, plastycy, pisarze, diwy operowe, śpiewacy. Wiele gwiazd pod jednym dachem. Wielkie ambicje. Wspomnienie życia w sławie.
    Barbara Jesionkowska, choć jest już na emeryturze, nadal tworzy: maluje pejzaże, martwą naturę

    Barbara Jesionkowska, choć jest już na emeryturze, nadal tworzy: maluje pejzaże, martwą naturę ©Andrzej Banas / Polska Press

    Korytarz jest pusty i cichy. Brak słońca za oknem napełnił go półmrokiem. Drzwi do pokoi pozamykane. Zupełnie inaczej niż w budynku głównym. Tam mieszkańcy lubią wiedzieć, co się dzieje za ścianą, kto przechodzi ich piętrem. Tutaj nie.

    W maleńkim pokoiku na końcu korytarza stoi sztaluga. Pędzel w kobiecej dłoni, niemłodej już, zadbanej, ozdobionej perłowym manicurem, zawisa nad płótnem. Kolejny pejzaż wyłania się powoli. Widać już kolorową łąkę, soczyście zielone drzewa, jakby wbrew temu co wokół, szarudze i deszczowi. Barwne wspomnienie lata.

    - Udało się wygospodarować ten magazynek na pracownię dla mnie - mówi Barbara Jesionkowska, malarka. -To wygodne dla tych, którzy mają jeszcze siłę tworzyć.

    Ona ma. Siłę i chęć. Od kiedy tu mieszka, jej twórczość nabrała rozpędu. Namalowała 117 obrazów w siedem lat. W sumie ma ich na swoim koncie 340.

    - Tak naprawdę to tutaj zaczęłam malować na dobre, wreszcie mam czas - mówi.

    Galerię prac urządziła w maleńkim mieszkanku: przytulny pokoik w jasnych barwach (w pokoju obok mieszka mąż), łazieneczka, kuchenka i przedpokój. Wystarczą aż nadto. Ci z sąsiedniego domu dzielą pokój ze współlokatorami, dwoma, trzema. Takie zderzenie różnych charakterów na kilku metrach kwadratowych prowadzi czasem do wielkich kłótni, wojen o błahostki. Ale też serdecznych przyjaźni, dbania o siebie nawzajem.

    Inaczej niż tutaj: mieszkańcy są ze sobą na „dzień dobry”. Wśród artystów nie ma tej zażyłości.

    Dom Seniora Artysty

    Gdzie jest Dom Pomocy Społecznej Helclów, w Krakowie każdy wie. To piękny renesansowy pałac wśród ogrodów, otoczony murem. Tuż przy Kleparzu i ruchliwych Alejach Trzech Wieszczów.

    126 lat temu Ludwik i Anna Helclowie, którzy nie doczekali się potomstwa, postanowili przekazać swój ogromny majątek najbardziej potrzebującym. Budynek - perełka architektoniczna autorstwa Tomasza Prylińskiego, przetrwał pierwszą i drugą wojnę światową. Stacjonowały w nim wojska hitlerowskie, w podziemiach urządzono więzienie dla kobiet. Niemcy wyrzucili mieszkańców, 700 osób. Siostry szarytki posługujące tu przechowywały ich u siebie. A po wojnie odzyskały budynek.

    - Zaczęły przyjmować bogate hrabianki ze służbą, które płaciły ciężkie pieniądze, aby tu być - opowiada Monika Adamowicz, główny specjalista muzykoterapii. - Posiłki były znakomite, podawano wino do obiadu, siostry posługiwały, spełniały zachcianki bogatych dam. Same zajmowały się hodowlą świnek, sadziły warzywa, utrzymywały sad. Pieniądze od jednej mieszkanki pozwalały im na utrzymanie kilku ubogich.

    Mało kto wie, że u Helclów jest również Pawilon Artysty Seniora. Staraniami dyrektorki Barbary Grotkowskiej-Galaty zabudowania gospodarcze przerobiono na mieszkania: każdy artysta na emeryturze ma swój pokój z łazienką, a niektórzy własną pracownię. Mieszkają tu malarze, plastycy, pisarze, diwy operowe, śpiewacy. Wiele gwiazd pod jednym dachem. Wielkie ambicje. Wspomnienie życia w sławie.

    Adamowicz: Były czasy wspólnych sylwestrów, wieczorów przy lampce wina. Ale to zanikło. Na głównym budynku jest pełen spontan, euforia, radość. A tutaj wyciszenie. Czuje się dystans. Trzeba się umówić, zapytać, zaproponować. Seniorzy artyści cenią sobie prywatność. Zamykają drzwi, zaciągają kotary. Personel to szanuje.

    Fioletowe astry

    Jesionkowska maluje pejzaże, martwą naturę: kwiaty, owoce. Często z pamięci, innym razem ze zdjęcia. Czasem spodoba się jej cudze zdjęcie, ale tu coś doda, tam odejmie. Maluje powoli. Zależnie od czasu, nastroju, tego, jak się czuje.

    - Ja jestem leniwa - mówi. - Ustawię flakon, mija dzień, drugi, ja jeszcze nie zaczęłam malować, a kwiaty już oklapły. Tę tutaj martwą naturę malowałam, aż mi jabłka zgniły. Więc na wypadek wypadku robię pstryk.

    Wiele obrazów rozdała. Personelowi, przy okazji świąt, imienin. Dziewczyny zasługują na to. Te obrazy, które zostały, to jej ulubione. Kocha na nie patrzeć. Na fioletowe astry w szklanym wazonie. Na brzózki we mgle, stojące przy polnej drodze. Tyniec przepiękny, z którego pochodzi rodzina ze strony dziadka. Lubi też Rembrandta. To znaczy kopię jednego z dzieł artysty, którą wykonała na studiach.

    - Namordowałam się przy tym niemiłosiernie - opowiada, a mówi niespiesznie, dystyngowanie. - I strasznie mi się nie chciało go dłużej malować. Na jednych zajęciach podchodzi profesor z asystentem: zachwycają się, cmokają. Profesor mówi: to jest tak ciekawe, że nie musi pani tego kończyć. Ucieszyłam się. A dziś żałuję. Ty głupia babo! - myślę sobie.

    Skończyła klasę fortepianu i przez 30 lat pracowała jako nauczycielka w szkole muzycznej. Równocześnie na Akademii Sztuk Pięknych studiowała grafikę.

    - Zawsze chciałam iść na malarstwo - przyznaje. - Ale jak się puknęłam w głowę, to doszłam do wniosku, że z czegoś trzeba żyć. Grafik zawsze się gdzieś zaczepi, w jakimś wydawnictwie. A malarz, jeśli chce tylko malować, to musi być naprawdę wybitny i mieć za sobą marszandów.

    Bo dziś średnia warstwa społeczeństwa może i jest chętna, by kupować obrazy. Tylko pensja nie ta. A jak się człowiek naprawdę wzbogaci i ma duże pieniądze, to chce duże obrazy, nie w sensie rozmiarów, rzecz jasna. Chodliwy jest Matejko, Chełmoński, jakiś Fałat by się przydał, albo Wyczółkowski.

    - W latach 80. byłam w Szwecji, chodziłam po galeriach, włos mi dęba stawał, jak widziałam ceny - wspomina. - W Polsce sztukę sprzedaje się za półdarmo.

    W maleńkiej pracowni, tej na końcu korytarza, wisi zresztą tabliczka, która wyraża pogląd Barbary Jesionkowskiej na temat kondycji sztuki w Polsce. Napis głosi: „Namalować obraz to artyzm. Sprzedać - sztuka”.

    Czarno-białe zdjęcia na ścianie obok przedstawiają twarze pięknych kobiet. Jedna, blondynka w typie Marylin Monroe, ma kilka portretów. - To była moja fryzjerka - opowiada artystka. - Chodziłam się czesać do „Renesansu” na Sławkowskiej. Który to mógł być rok? Och, ze sto lat temu. I ta fryzjerka miała piękną pomocnicę, taką piękną, że prawie się w niej zakochałam. No, ale żeby nie było, że się tamta poczuje urażona, mówię, niech obie przyjdą do studia. I zdjęcia pomocnicy wyrzuciłam, wszystkie. Taka była niefotogeniczna. A fryzjerka, jakby się nie ustawiła, wychodziła wspaniale.

    Szczęście, bezpieczeństwo

    Mniej więcej 10 lat temu zadzwonił telefon od Helclów: czy się decydują? Bo malarka już wcześniej zapisała siebie i męża na listę oczekujących na miejsce w DPS.

    Jesionkowska: Ja jestem z tych, co to myślą na przyszłość. Po to człowiek ma głowę, żeby pomyślał, że będzie stary, chory. Rodziny nie mam, ale też nie wymagałabym od nikogo opieki. I tak oto od 2006 roku jestem człowiekiem szczęśliwym.

    A szczęście wygląda tak:

    W świetlicy nie ma tygodnia, żeby się nie odbywały jakieś zajęcia. Jest klub filmowy, są koncerty z płyt, muzykoterapia: zajęcia stacjonarne, albo chodzenie z gitarą po oddziałach. Jest biblioterapia: głośne czytanie książek, codziennej prasy. Działają amatorskie zespoły muzyczne. Organizuje się tu festiwal piosenki i konkursy poezji, wernisaże, biesiady. W gabinecie fryzjerskim i kosmetycznym na pierwszym piętrze panie robią sobie hennę i kolor, kładą maseczki, czeszą się, modelują a la naturalne. Nie nudzi się człowiek. Czas leci. Są w końcu zajęcia rehabilitacyjne i terapie zajęciowe.

    - Zachodzę na masaże - mówi malarka. - Wcześniej ćwiczyłam, trzy razy w tygodniu po godzinie, siedząc na krzesłach, od paluszków, aż po głowę. To bardzo świetne zajęcia, dużo dają, jeśli chodzi o rozruszanie człowieka. Chodziłam też z kijkami. Ale po operacji kolana i wymianie biodra kijki wiszą w przedpokoju. A jeszcze mnie drugie biodro czeka. Jak doczekam. A jak nie, to święty spokój.

    Jedzenie przynoszą do pokoju, jeśli ktoś jest wygodny. Jak ktoś chce, może jeść na jadalni. Wierzynek to nie jest, ale przy tych pieniądzach robią co mogą. Warunki mieszkaniowe są genialne. Personel cudowny.

    - Pokój mam posprzątany, dwa razy w roku robią generalne porządki - opowiada artystka. - Są i tacy, co ciągle narzekają: że to źle, tamto nie tak. Nic im nie pasuje. Ale przecież jak dbają o mnie, wszystko podstawiają pod nos, to czego można chcieć więcej? Co by się nie działo, o każdej porze dnia i nocy, mogę zadzwonić i ktoś się zjawi. I o to tutaj chodzi: o poczucie bezpieczeństwa.

    Liście wiekowego platana zbrązowiały. Zieleń modrzewi skryła się we mgle. I tak oto astronomiczna jesień za oknem splotła się z jesienią życia.

    ***

    Wernisaż Barbary Jesionkowskiej, 6 październikao godz. 10.30 w świetlicy Domu Pomocy Społecznej im. Helclów odbędzie się wernisaż prac artystki (malarstwa olejnego, grafiki, fotografii)

    Komentarze

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Polecamy

    Wideo