PolskaTimes.pl

Stwórz własną społeczność!

Serwis powstaje we współpracy z The Times

piątek 30 lipca 2010 r. imieniny obchodzą: Ludmiła, Julita, Piotr

Gazeta Krakowska » Felietony » Artykuł

Walka o elektorat trwa

Walka o elektorat trwa

(© archiwum)

Gazeta Krakowska Jan Poprawa

2010-03-11 10:50:40, aktualizacja: 2010-03-11 10:51:50

Oj, nudna już ta zima. Nawet to, co zwykle rodaków rozgrzewa - dziś wydaje się przenajzwyczajniej takie sobie.

Na przykład sport: narciarka Kowalczyk wciąż jest uważana za niespodziewaną, słodziutką nowalijkę, choć już drugi sezon jest najlepsza na świecie. Nartoskoczek Małysz - nadal w powszechnej opinii jest arcymistrzem, choć od dłuższego czasu przegrywa.

Albo w świecie widowisk zespołowych: poznański "Kolejorz" stara się jak zwykle, zaś krakowska "Wisełka", też jak zwykle, nie za bardzo. A na warszawskiej Łazienkowskiej wciąż gwiżdżą na swoich. Co się przeniosło nawet na drugą stronę tej ulicy, do radiowej "Trójki". Tam też następuje zauważalny rozpad zespołu, który jeszcze niedawno miał mistrzowskie ambicje.



Wydawało się przez chwilę, że może polska polityka przyniesie nieco podniety. Ale i tu lipa. Partie stabilne jak beton, skruszyć je mogą chyba tylko trzęsienia elektoratu. Temu jednak najwyraźniej starcza codzienna porcja chleba i igrzysk. Kampania wyborcza jest więc całkowicie przewidywalna. Te same twarze, identyczne frazesy co zawsze. Jakże by się chciało ujrzeć potencjalnych zmienników, albo i następców!

Zapewne dlatego bardziej zainteresowany życiem politycznym polski widz ze szczególnym natężeniem obserwował telewizyjną relację z niedawnej krakowskiej "Szopki", po raz kolejny przedstawionej przez dyrektora Weltschka na scenie krakowskiej "Groteski". Na wszelki wypadek przypomnę: w okolicznościowych piosnkach, uciesznych wierszykach i monologach występują w tej jednorazowej sztuczce politycy polscy, zarówno czynni, jak i przeniesieni chwilowo do rezerwy.

Przedstawienie miało miejsce jakiś czas temu, ale wspominam o nim, bo w ubiegłą sobotę jedna ze stacji telewizyjnych pokazała zeń właśnie zręczny reportaż. Przyznaję, że ciekawszy niż niejeden telewizyjny "program rozrywkowy".

Co prawda nie wszyscy aktorzy widowiska wykazali się artystycznymi umiejętnościami, ale ich występy niejednokrotnie i tak przewyższały jakością popisy pseudo- profesjonalistów, od dawna uznawanych przez polskie telewizje za "aktorów" (zwłaszcza w serialach), "piosenkarzy" (zwłaszcza w konkursach dla każdego) czy "kabareciarzy" (zwłaszcza najświeższego licealnego chowu).

Na mój recenzencki nos - najbogatszym i najzupełniej zapoznanym rezerwuarem estradowych talentów okazało się tym razem środowisko krakowskiej profesury, zwłaszcza profesorów prawa. Niekwestionowaną gwiazdą weltschkowskiego show był więc prof. Jacek Majchrowski, zapewne ku rozpaczy jego wiecznych krytyków z opozycji.

Wierszowany monolog profesora-prezydenta mógłby się stać wzorcowym przykładem dobrze podawanego dowcipu, cudownej autoironii, idealnego wcielenia się w sceniczną postać. Liczba pełnych zachwytu telefonów i esemesów "z Polski", jakie dostałem po tej telewizyjnej projekcji - zdumiałaby każdego "piarowca".

A niejednemu "politykowi" mogłaby wyjaśnić ów fenomen osobowości, dzięki której Majchrowski może spokojnie i skutecznie trwać jako postać publiczna. Ale powiedzmy też od razu, że niewiele mniejsze wrażenie zrobił sceniczny dialog uniwersyteckich profesorów Andrzeja Zolla i Zbigniewa Ćwiąkalskiego, brawurowo odgrywających role filozofujących meneli. No i wreszcie zachwycił estradowy debiut senatora Stanisława Bisztygi (z asystą sobowtóra - b. senatora Cugowskiego). Rzadki to przypadek, gdy rodzic odnosi niespodziewany sukces na polu zarezerwowanym dla jego potomstwa, profesjonalnie śpiewającego piosenki…

Żal, że krytyka artystyczna zanika, więc też nikt nie skomentował niespodziewanie udanych występów (a może autentycznych talentów, które doskonalić warto?) posłanek Kępy, Senyszyn czy posłów Kurskiego albo Wenderlicha. Żal, że nikt się nie zachwyca fantastycznymi warunkami scenicznymi dr Joanny Muchy…

Ale mimo tego obszernego komentarza twierdzę, że polityka nie daje ostatnio podniety. Co uzasadnia pozostanie w świecie rozrywek. Tylko czy opera może być rozrywką? Młodzi pewnie powiedzieliby, że nie. Z młodzieńczej perspektywy jest to coś dla "lamusów", co się "nie załapują na dzielni". Na szczęście wiek młodzieńczy mam za sobą. Toteż deklaruję się śmiało jako smakosz tego muzealnego gatunku.

Należę zapewne do mniejszości, dla której opera jest nie tylko najtrudniejszym i najwspanialszym gatunkiem sztuki sceniczno-muzycznej, ale i prawdziwą przyjemnością. Nic więc dziwnego, że byłem na piątkowej premierze "Carmen" w Operze Krakowskiej.

I siedząc blisko sceny, z przerażeniem i podziwem oglądałem dramatyczne zmaganie Małgorzaty Walewskiej z fizyczną słabością. Zrazu zdumiony, że ta wielka, światowego formatu gwiazda pozwala sobie na tony nieczyste, oddech niepewny - rychło zrozumiałem, że oto na oczach premierowej publiczności staje się coś okropnego, co skończyć się może równie dramatycznie jak sama "Carmen".

A gdy dyrektor Nowak poinformował widzów o koniecznej zmianie obsady tytułowej roli - strach mnie obleciał prawdziwy, czy ów najczulszy instrument, jakim jest operowy solista, nie doznał jakiegoś nieodwracalnego uszczerbku?

I myśl taka: jakże się przyzwyczailiśmy do traktowania artystów niczym perfekcyjne mechanizmy, których się żadna słabość imać nie powinna. Widowisko stało się walką o wszystko. Kto markuje - przegrywa. A świszczący oddech wydobywający się z obrzękłych płuc śpiewaczki, albo chrzęst kości piłkarza Niedzielana (albo Wasilewskiego), łamanej na oczach gawiedzi - to dziś co najwyżej przyprawa głównej potrawy: walki.

Mam nadzieję, że Małgorzata Walewska wkrótce wyzdrowieje i nieraz zaśpiewa. W końcu po wstrętnej zimie wiosna na pewno przyjdzie.

Reklama

Gazeta Krakowska»

Copyright © Polskapresse Sp. z o.o.
Realizacja serwisu: Gratka Technologie Sp. z o.o.

Mapa serwisu | Dla prasy | Kontakt | O nas | Regulamin | Prywatność | Reklama | eGazety | Sklep internetowy