Menu Region

Ambasador Kosiniak-Kamysz: ten ból nigdy nie mija

Ambasador Kosiniak-Kamysz: ten ból nigdy nie mija

Data dodania: Ostatnia aktualizacja:

Gazeta Krakowska

Katarzyna Janiszewska

1Komentarz Prześlij Drukuj
Dwa lata temu Zenon Kosiniak-Kamysz stracił w wypadku syna i córkę. W jego życiu nie ma już radości. A mimo to on chce pomagać i dawać radość innym - pisze Katarzyna Janiszewska
2/2

W Ottawie, w 2010 r., od lewej Marysia, Katarzyna, Zbigniew, Michał.

(© fot. archiwum rodzinne)

Najpiękniejsze wspomnienia mają chyba z nart. W ogóle lubili sport: rowery, rolki, kosz. Ale narty w szczególności. Na stok wybierali się w każdą zimę, całą rodziną. I takie wspomnienie: tata zjeżdża z góry, widzi narty synka rzucone w śniegu. Przestraszył się, że coś złego się stało.

- Patrzę, a Michał, który wtedy miał może kilka lat, siedzi na stoku i obejmuje taką śliczną, małą blondyneczkę - opowiada Zenon Kosiniak-Kamysz, ambasador Polski w Kanadzie.
- Podchodzi do mnie jej dziadek i pyta: czy to prawda, że pana synek zna siedem języków? - Nie, nieprawda - uśmiecha się na tamto wspomnienie. - Michał znał już rzeczywiście niemiecki, no i polski. Ale te kilka języków dodał sobie, żeby zaimponować dziewczynce.

Wtedy byli najszczęśliwszą rodziną pod słońcem, mieli plany, marzenia. Dziś ambasador przyjeżdża do kraju dwa razy w roku: 1 listopada - w święto zmarłych i 9 sierpnia - w rocznicę śmierci swoich dzieci.

Zmiany
Michał i Marysia od małego podróżowali, co chwilę inny kraj, nowe przyjaźnie, nowe całe życie. Michał urodził się w Krakowie, choć byli już wtedy na placówce na Węgrzech. Gdy z niej wracali, żona dyplomaty była w ciąży z Marysią. Później, przez pięć lat mieszkali w Berlinie. Na dwa lata wrócili do Polski, bo Kosiniak-Kamysz został ministrem spraw wewnętrznych. Przez kolejne cztery lata, kiedy był ambasadorem na Słowacji, codziennie woził syna i córkę do szkoły w Austrii.

- Z jednej strony dzieci były przyzwyczajone do zmian - mówi. - Potrafiły się odnaleźć w każdej sytuacji, łatwo przyswajały nową wiedzę. Ale zdarzało się i tak, że był płacz przy wyjeździe.

W niemieckiej szkole Michał został przewodniczącym klasy. Był bardzo dumny, że koledzy go zaakceptowali. Prawdę mówiąc, nie zawsze było pięknie. Zdarzało się, że usłyszał od któregoś: ty głupi Polaku. Ale w końcu wywalczył sobie pozycję. I nagle tata mówi: musimy wracać. Pytał: jak możesz mi to robić?

Ambasador bardzo dbał, by dzieci nie zapomniały języka ojczystego. Do tego stopnia, że gdy w Niemczech uczniowie mieli ferie, Michał jechał do Tarnowa, do cioci, która była nauczycielką i przez tydzień chodził do polskiej szkoły. Nauka była na pierwszym planie. Szkoły uzupełniające, kursy językowe, zajęcia pozalekcyjne: szermierka, tenis. Wtedy wydawało się to tak ważne.

Michał
Na zdjęciu z wakacji nad morzem Michał stoi za sterem żaglówki. W białej koszuli, w słonecznych okularach, z krótko ostrzyżonymi włosami. Wysoki, przystojny, wysportowany. Głośno mówił o swoich poglądach, walczył o przekonania. Sytuacja w niemieckim metrze: chuligan zauważył cudzoziemkę, która czytała gazetę w ojczystym języku. Zaczął jej ubliżać: wstawaj, to miejsca dla Niemców, nie takich przybłęd jak ty. Nikt nie reagował. Tylko Michał stanął w jej obronie.
- Bo wiesz, my Niemcy musimy wprowadzić tu porządek - próbował tłumaczyć tamten. - Ale ja wcale nie jestem Niemcem - oświadczył Michał. - A ty kim jesteś? Masz chociaż maturę?

- Przejechał się po łobuzie i dopiero wtedy dołączyli się inni - przypomina sobie ambasador. - Chociaż był sam, w obcym środowisku, nie bał się powiedzieć, że nie jest Niemcem.

Znał kilka języków: niemiecki, angielski, francuski, zapisał się na arabski, w planach miał rosyjski. Chciał iść w ślady ojca i zostać dyplomatą. Interesowało go bezpieczeństwo międzynarodowe. Wydawało się, że wystarczy sięgnąć ręką, by marzenia się spełniły.

- W szkole w Austrii, na 6 tys. uczniów Michał był jedynym olimpijczykiem z języka angielskiego - opowiada dyplomata. - I to na trzy lata przed maturą. Bez problemu zdał na Uniwersytet Ottawski.

Dostał Golden Key International - nagrodę dla najlepszego studenta. Ale już się o niej nie dowiedział. Dyplom wisi na ścianie w jego pokoju.

Marysia
Potrafiła rozładować każdą sytuację. Uśmiechnięta, radosna, pozytywnie nastawiona do życia. W przeciwieństwie do poważnego zwykle brata była duszą towarzystwa. Lubiła robić psikusy i dowcipy. A była w tym dobra, do ostatniej chwili wytrzymywała z poważną miną, tak, że nawet rodzice się nabierali. Utalentowana aktorsko, chciała się zapisać na zajęcia teatralne. Bardzo muzykalna: grała na trąbce, na gitarze. Należała do chóru kościelnego. Lubiła śpiewać. Ku rozpaczy ojca przez pewien czas jej idolem był Michał Wiśniewski. Marysia zakładała perukę, rączka od skakanki służyła za mikrofon i dawała występ przed rodziną. Uczyła się w Colonel By Secondary School w Ottawie.

- Córka miała dopiero 16 lat, odkładaliśmy decyzję o jej przyszłości - mówi Zenon Kosiniak-Kamysz. - Radziła się mnie przed wypadkiem, w jakim powinna pójść kierunku. Odpowiedziałem: zastanowimy się, kiedy wrócisz z wakacji.

W ostatnich mailach do swojej przyjaciółki z Kanady Marysia pisała, że nawet nie zdawała sobie sprawy, jak bardzo tęskni za Polską. Dlatego zostali dłużej. Chcieli odwiedzić wujka w Krynicy i za dwa tygodnie dołączyć do rodziców.

Wypadek
Przy drodze rósł bez. Ukwiecone na fioletowo gałęzie rozpościerały się szeroko. Zasłoniły znak "stopu". Nie mogli go zauważyć.
Był sierpień, poniedziałek, chwila przed godz. 6 rano.

Michał, Marysia i kuzynka Sylvia nocą wyjechali z Warszawy. Liczyli, że ruch na drodze będzie mniejszy. Od Nowej Słupi ich renault wjechał na główną drogę na trasie Kielce-Rzeszów. Prosto pod koła rozpędzonego tira. Osobówkę odrzuciło na trawnik przy betonowym ogrodzeniu zakładu kamieniarskiego. Auto stanęło w płomieniach.

Jolanta Gadowska z Ochotniczej Straży Pożarnej jechała z mężem do Kielc. Zauważyli dym. Rzucili się na pomoc. Wynieśli z płonącego wraku Marysię. Wrócili po Michała, ale nie mogli go uwolnić z zapiętych pasów bezpieczeństwa. Sylvia leżała za tylnym siedzeniem. Dopiero gdy ugaszono ogień, odkryli, że tam jest.

Mieszkańcy Łagowa mówią, że to przeklęte skrzyżowanie. Ruchliwe tak, że strach było przechodzić. Co chwilę ktoś ginął. Ludzie pomstowali na bezsilność władz. Ale to nic nie dawało.

- Skrzyżowanie było źle oznakowane - podkreśla Gadowska. - Dla kierowców jadących od strony Kielc kompletnie niewidoczne. Byli na głównej drodze, nie spodziewali się, że ktoś wyjedzie z lewej. Zaś na drodze z Nowej Słupi stał znak informujący o pierwszeństwie przejazdu. Znak, który go odwoływał, zasłaniały krzaki.

W miejscu tragedii stanął obelisk z białego piaskowca. - Gdy go stawialiśmy, prawie wjechało w nas auto - mówi Gadowska. - Zatrzymało się dwa metry przed nami. Parę dni później inne auto wpadło na pomnik i go uszkodziło. Sytuacja była identyczna, jak w przypadku dzieci ambasadora. To samo miejsce, ta sama trajektoria lotu.

Ból
Święta w rodzinie ambasadora zawsze były tradycyjne, typowo polskie. Z wielką, zieloną choinką, którą razem ubierali. Ze wspólnym śpiewaniem kolęd. Było głośno i radośnie, bo zjeżdżała się cała rodzina. W tym roku będzie cicho i spokojnie.

- Ta pierwsza Wigilia po wypadku była najtrudniejsza - wspomina. - Chcieliśmy z żoną być sami. A dostaliśmy mnóstwo zaproszeń od nieznanych nam ludzi z Polonii. Pisali: panie ambasadorze, jeśli uzna pan za stosowne, to drzwi naszego domu stoją dla pana otworem. Nie skorzystaliśmy z tych propozycji. Ale jestem za nie bardzo wdzięczny, bo wiedzieliśmy, że tyle osób o nas myśli.
Zostały wspomnienia. Laurki od dzieci. T-shirt, który Marysia przywiozła z jednej z wizyt w Polsce z napisem "Najlepszy tata na świecie". Różne inne rzeczy, które wcześniej nie miały tak wielkiego znaczenia.

Kosiniak-Kamysz: Nigdy się nie pogodzę z tym, co się stało. Byłem spełnionym ojcem, miałem wspaniałe dzieci i cel w życiu. Trudno żyć po takiej traumie i od nowa zdefiniować sobie cele. Po jakimś czasie człowiek uczy się żyć z bólem. Ale on wcale nie staje się mniejszy.

Cel
Damian Kapka trafił do domu dziecka w Dąbrowie Tarnowskiej, gdy miał 12 lat. Mama nie radziła sobie finansowo. Zdolny i ambitny chłopak przez całe życie borykał się z trudnościami losu. Dziś marzy o tym, by studiować prawo. A ambasador bardzo chce mu w tym pomóc.

- Kiedy zobaczyłem jego świadectwa, byłem zdumiony - opowiada Zenon Kosiniak-Kamysz. - Wszystkie z czerwonym paskiem, prawie same piątki. A proszę porównać jego sytuację z sytuacją dzieci, których rodzice dbają o prywatne lekcje, pilnują, by pociecha odrabiała zadania. Ten chłopiec mi zaimponował. Bo mimo trudności zacisnął zęby i ma efekty. Śledzę jego postępy, próbną maturę. Może będzie potrzebował prywatnych lekcji. A gdy dostanie się na studia, będę go utrzymywał, żeby spokojnie mógł się uczyć - deklaruje.

- To dla mnie szansa na normalny start w dorosłość, wiem o tym i jestem bardzo wdzięczny - mówi Damian. - Nauka otwiera wiele możliwości.

Ale to nie tak, że nagle, po wypadku, ambasador zaczął dostrzegać dramaty innych. Pomagał już wcześniej. Kilkanaście lat temu spotkał Sławka. 19-latek siedział pod Bramą Floriańską w Krakowie i żebrał. Nie miał nóg i lewej ręki po tym, jak wpadł pod pociąg. Kosiniak-Kamysz zapytał go, na co zbiera. Na protezy - odpowiedział chłopak. Kupił mu najlepsze, jakie były. A później sfinansował szkołę średnią, wszystko, czego tamten potrzebował. Do dziś mu pomaga, jest chrzestnym pierwszego z czwórki dzieci Sławka.

- Mój ojciec był sierotą i często w domu o tym rozmawialiśmy - opowiada ambasador. - Ta wrażliwość może rzeczywiście jest u nas większa. Każdy z braci mógłby opowiedzieć historię o kimś, komu pomógł. I ja chciałbym zrobić w życiu jeszcze coś dobrego. Dać trochę radości innym. Choć sam zostałem pozbawiony radości.

Moda w przedwojennym Krakowie [ARCHIWALNE ZDJĘCIA]



Możesz wiedzieć więcej! Kliknij, zarejestruj się i korzystaj już dziś!



Codziennie rano najświeższe informacje z Krakowa prosto na Twoją skrzynkę e-mail. Zapisz się do newslettera!

"Gazeta Krakowska" na Twitterze i Google+


Reklama
1

Komentarze

zwiń wszystkie wątki najnowsze najstarsze

Dodajesz jako: Gość

Ilość znaków do wpisania:

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

zaloguj się

Kolega ze studiów w Dreźnie

0 / 0

Autor komentarza nie dodał zdjęcia

Roman (gość)  •

Pamiętam Zenka doskonale z okresu studiów w Dreźnie - byliśmy na różnych kierunkach; ja na INFORMATYCE ( Informationstechnik ). Zenek był ministrantem na naszych niedzielnych, popołudniowych maszach świętych w nawie bocznej konkatedry drezdeńskiej. Podczas studiów miał dziewczynę z roku - Marysia miała na imię.

odpowiedzi (0)

skomentuj
Reklama
Reklama