Menu Region

Tajemnica będkowskiego

Tajemnica będkowskiego

Data dodania: Ostatnia aktualizacja:

Gazeta Krakowska

Małgorzata Niezgoda

Prześlij Drukuj
Gdy w całej Polsce Niemcy wyłapywali Żydów, by wysłać ich do komór gazowych, a Polaków, którzy nieśli im pomoc, mordowali. Dwadzieścia kilometrów od Krakowa, w Dolinie Będkowskiej, w domu Rościszewskich żyło kilka żydowskich rodzin. Tu nie musieli się ukrywać. O gościach wiedzieli wszyscy mieszkańcy pobliskiej wsi, ale nikt przez całą wojnę o tym nie doniósł - pisze Małgorzata Niezgoda.
1/4
Tajemnica będkowskiego

Opowiadanie o tym, co się wydarzyło, traktuję jako swój obowiązek - tłumaczy Janina Rościszewska

(© Wojciech Matusik)

We wrześniu 1939 roku byłam jeszcze dzieckiem, w 1940 wszyscy staliśmy się dorośli - tak wspomina swój krok w dorosłość córka Janiny i Lecha Rościszewskich - Janina, której rodzice w swoim domu
w Dolinie Będkowskiej w czasie II wojny światowej ukrywali Żydów.

Lech Marian Rościszewski był synem Marceliny, jednej z pierwszych Polek, która skończyła Sorbonę. Ten inżynier rolnik, delegat rządu ds.
rolnych, i jego żona Janina, sanitariuszka frontowa, której Piłsudski przyznał w 1922 roku Krzyż Walecznych, spokrewniona z rodziną litewską Landsbergów,
w latach 1932-33 zbudowali w Dolinie Będkowskiej dom nazwany "Szańcem". Tam urodziła się
i spędziła dzieciństwo czwórka ich dzieci. Jednym z nich był przyszły prezydent miasta Krakowa
- Jerzy. To jego siostra Janina została kronikarzem rodziny.

- Ojciec poszedł na front, gdy tylko wybuchła wojna. Pojechał samochodem, a wrócił furmanką, oddając armii polskiej auto - uśmiecha się pani Janina. - Był społecznikiem i katolikiem, narażającym się Kościołowi, który zarzucał mu bolszewicyzm. Pamiętam, jak chłopi przychodzili po mszy, żeby posłuchać na tarasie ojca mówiącego w radio. Trudno im było uwierzyć, że nie ma go w pobliżu,
a słyszą jego głos wydobywający się z jakiegoś pudełka.

Mamę wspomina jako kobietę umiejącą radzić sobie ze wszystkim i wszystkimi.

- Kiedy przeczuwała nadchodzące zagrożenie, poszła sprzedać wszystkie kosztowności, by kupić mąki, kaszy i czego się tylko dało, abyśmy nie zginęli z głodu. A wiem, co to znaczy, jak czeka się na upragnioną porcję trzech ziemniaków i marzy o niej przez pół dnia - wspomina, patrząc gdzieś w bok, jakby przywoływała obrazy lat dziecinnych.
1 3 4 5 »
Reklama
 

Komentarze

Dodajesz jako: Gość

Ilość znaków do wpisania:

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

zaloguj się

Reklama
Reklama