Marzenie urzędnika: uznać za nielegalne

    Marzenie urzędnika: uznać za nielegalne

    Jan Latała

    Gazeta Krakowska

    Aktualizacja:

    Gazeta Krakowska

    "Giełda na samozatrudnienie" - jedno z haseł "Oburzonych" w Barcelonie.

    "Giełda na samozatrudnienie" - jedno z haseł "Oburzonych" w Barcelonie. ©fot. Jan Latała

    Krakowscy urzędnicy chcą pozbyć się obozowiska z Rynku Głównego. Rozwiązali już wszystkie problemy miasta, teraz skupili się na niewielkiej grupie anarchistów. Szukają pretekstu, by mieć podstawę prawną do usunięcia protestujących.
    "Giełda na samozatrudnienie" - jedno z haseł "Oburzonych" w Barcelonie.

    "Giełda na samozatrudnienie" - jedno z haseł "Oburzonych" w Barcelonie. ©fot. Jan Latała

    Zazwyczaj było tak. Grupa ludzi chce demonstrować swoje poglądy. Czasem bardziej pokojowo, czasem nieco głośniej. Przez ponad 20 lat udało się wypracować procedury. Ba, urzędnicy opanowali już postępowanie w przypadku dwóch demonstracji prezentujących odmienne poglądy. Co więcej, ich czas i miejsce mogły się pokrywać. To już przećwiczyliśmy.

    Tym razem jest inaczej. Od kilku dni grupa ludzi koczuje na Rynku Głównym. Planują pozostać tam jeszcze prawie tydzień. Tego jeszcze nie przerabialiśmy. Musi to być spore wyzwanie dla urzędniczej machiny. Czy była burza mózgów? Czy też krótkie polecenie z góry?

    Nieważne. Ruszyła urzędniczo-administracyjna machina. Cel: usunąć biwak. Ktoś wydał polecenie strażakom miejskim, ci udali się na miejsce, policzyli demonstrantów, złożyli raport, papier ów pokonał kolejne szczeble, opracowano wnioski. Czekamy, co z nich wyniknie.

    O co tak naprawdę chodzi? O obecność anarchistów przed kościołem? O spokój mieszkańców? O wstyd przed turystami? O to ostatnie proszę się nie martwić. W ubiegłym roku w Europie wyrosły dziesiątki, jeśli nie setki takich obozowisk. Na własne oczy widziałem dwa w Katalonii. Jedno duże na Plaça Catalunya w Barcelonie i drugie małe przed ratuszem w Tarragonie. Nawiasem, ciekawe, jak "oburzeni" zostaliby potraktowani w którejś z miejscowości z naszego regionu o porównywalnej wielkości (Tarragona liczy 350 tys. mieszkańców). W dzień były prawie puste, wieczorem ożywały. Śpiewy, dyskusje, spotkania… Nie usunięto obozowiska mimo że wielu jego mieszkańców wzięło udział w starciach z policją w dzielnicy uniwersyteckiej.

    Mniejsza o to, co myślę o postulatach indignados. Fala "oburzonych" spłynęła wraz z końcem wakacji, problemy pozostały nierozwiązane. Ale nie o to chodzi. Pozwolono im biwakować, dyskutować.

    "Co nie zostało zabronione, jest dozwolone" - oficjalnie tej zasady nikt z urzędników nie zakwestionuje. Ale jej stosowanie jest dla nich niewygodne. Co więc zostaje? Nękać. Uprzykrzać. Kontrolować. A nuż coś się znajdzie. Po co? By uznać za nielegalne. By mieć święty spokój.

    Czytaj treści premium w Gazecie Krakowskiej Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Polecamy

    Wideo