Piąta władza: lekarze. Rozmawiamy z prof. Janem Hartmanem
Data dodania: Ostatnia aktualizacja:
Jan Hartman (© Katarzyna Prokuska)
Czytaj także: Sprawdzamy, z jaką receptą aptekarz odeśle cię z kwitkiem
Patrząc na te słynne czerwone pieczątki na receptach, widzi Pan problem etyczny protestu lekarzy?
Rozumiem sprzeciw, jaki wywołuje sposób potraktowania lekarzy w ustawie refundacyjnej i obarczenie ich niewykonalnymi obowiązkami administracyjnymi. Z drugiej strony współczuję pacjentom. Są oni piłeczką w grze, w której odpowiedzialnością przerzucają się władza ze środowiskiem medycznym.
Gdybym był lekarzem, to wydawałbym recepty bez takich pieczątek. Ale nie mogę potępiać lekarzy i farmaceutów.
Jest Pan pewny, że pacjenci mają podobne zdanie?
Ludzie kierują pretensje do władzy, której podlegają. A tu ma ją i rząd, i lekarze. Rząd rządzi całym społeczeństwem, ale swą medyczną władzę mają nad nim też lekarze. Świat medyczny jest piątą władzą. Ludzie to rozumieją i słusznie mają pretensje i do rządu, i do lekarzy jako korporacji. Rządzą także urzędnicy, ale w służbie zdrowia są nimi, z ministrem zdrowia włącznie, najczęściej lekarze. Setki tysięcy ludzi chorych od grudnia jest w niepewności, ile będzie kosztować ich leczenie. Ostatecznie te podwyżki pewnie nie będą rażące, ale ten chaos jest niepotrzebny. Sprawę trzeba było załatwiać latem i jesienią, ale w tym czasie były wybory. Największe pretensje mam więc do Donalda Tuska, dla którego zdrowie to jeden z obcych resortów, który całkowicie powierzył swej bliskiej przyjaciółce Ewie Kopacz. I leżało to poletko odłogiem przez parę miesięcy.
Organizacje lekarskie protestują twardo i kosztem pacjentów. Czy lekarze zmienili rozumienie swego powołania?
Zawsze był rozdźwięk między oficjalnie głoszoną etyką tego zawodu a postawą konkretnych ludzi i organizacji. Myślę, że etos jest wygórowany.
Za dużo spodziewamy się od lekarzy?
Tak. Jeszcze niedawno układ wzajemnych oczekiwań był taki: my lekarze mamy na uwadze przede wszystkim dobro pacjenta i jemu służymy, a on w zamian jest wobec nas ufny i posłuszny. Rozwój demokracji spowodował, że ten paternalizm odszedł do lamusa. Wszyscy oczekiwaliby, że lekarze będą służyć i poświęcać się, ale pacjenci mogą wybrzydzać, szukać sobie najlepszych lekarzy i uważać się za ich partnerów. Nie ma już tej rewerencji, która jest nagrodą za poświęcenie lekarza. Poza tym dawniej lekarze, przed wojną, bardzo dobrze zarabiali. Potem przyszedł okres, kiedy źródła dobrych zarobków były wątpliwe. Teraz znowu zarabiają dobrze, pod warunkiem, że biorą na siebie bardzo dużo pracy.
Od dwudziestu lat reformujemy służbę zdrowia. Nie zyskały na tym pielęgniarki ani pacjenci - choćby poczucia bezpieczeństwa. Zyskali lekarze. Od kilku lat już nie ma ich protestów o wyższe zarobki.
Społeczeństwo solidnie opłaca lekarzy.
To prawda, że w ostatnich latach lekarze dostali ogromne podwyżki i są z tego zadowoleni. Starają się zarobić jak najwięcej, więc pracują bardzo dużo. I chcieliby mieć jak najmniej pracy administracyjnej. Ich frustracja polega na tym, że te zadania administracyjne są nie tylko zbyt liczne, ale w dodatku są trudne do rzetelnego wykonania. Przed czynnościami administracyjnymi lekarze nie uciekną, bo one też jako część systemu, który nazywa się system ochrony zdrowia, mają swój udział w leczeniu. Chcieliby jednak, by to była rozsądnie określona część ich pracy, żeby te czynności były przejrzyste, łatwe do wykonania, takie, że można je z czystym sumieniem wykonać dobrze. Tego u nas nie ma i lekarze w naturalnym odruchu bojkotują tę część swoich obowiązków.
Ale dzisiaj lekarz to nie konsyliarz zabierający swą torbę i tłukący się do chorych dorożką. Często prowadzi własną praktykę, gdzie zatrudnia personel. Nie musi sam wypełniać papierów kosztem czasu poświęcanego pacjentom.
Obowiązków administracyjnych jest za dużo. Chodzi nie tylko o ilość. Gdyby lekarz chciał starannie swe obowiązki wypełnić, to by paraliżowało jego pracę jako lekarza. Wykonuje je powierzchownie, jest nimi zirytowany, bo czuje, że wiążą się one dla niego z pewnym ryzykiem prawnym. Poza tym złości ich biurokracja jako taka. Nie lubią ministerstwa zdrowia. Ja im się nie dziwię.
Ale resortem rządzą lekarze.
Dla lekarza w terenie niewielka to pociecha. To środowisko jest skomplikowane i wewnętrznie skonfliktowane, nastawione na rywalizację. Ministerstwo jest jakimś odzwierciedleniem lekarskiej korporacji, ale przeciętny lekarz nie jest winien tego, że system funkcjonuje źle.
Organizacje lekarzy mają wpływ na funkcjonowanie tego mechanizmu?
Mają, ale tylko taki, że mogą przyjść do ministerstwa i pogadać albo trochę powykłócać się z ministrem na zebraniach, a potem i tak wąska grupa urzędników resortu robi co chce. To, kto rzeczywiście pociąga tam za sznurki, jest ukryte. W Polsce proces stanowienia prawa w ogóle jest bardzo gabinetowy i nie wiadomo, kto naprawdę pisze przepisy. Przedstawiciele grup interesów dopisują do ich projektów różne rozwiązania, co pokazały afery Rywina i hazardowa. W medycynie ten proces jest szczególnie mocno zawikłany. Minister jest silnym graczem, ale na pewno niejedynym. Nie mamy nawet w Polsce dziennikarzy, którzy potrafią wejść w to hermetyczne środowisko i rozpoznać funkcjonujące tam układy. To resort, na który inne władze mają ograniczony wpływ. Dlatego, że tylko lekarze umieją leczyć, tylko oni mają w każdej dotyczącej leczenia sprawie ostatnie słowo. To jest nie do przeskoczenia, nie tylko w Polsce.
Czyli może być tylko gorzej?
Nie. Musimy tylko uświadomić sobie, że wszystko zależy od lekarzy. Jesteśmy zdani na to, co zdziała to środowisko.
Ono pozostaje poza kontrolą?
Tak właśnie jest.
I tak być musi?
Tak. Nie można tu nic zmienić, bo to jest tak samo jak z państwami. Wiele społeczeństw zasługuje na szacunek, a rządy ma takie, jakie ma. Na przykład Węgrzy. Można mieć pretensje do Orbana, albo do społeczeństwa, które ich wybrało. Możemy mieć pretensje do lekarzy, że stworzyli taki system, albo symbolicznie do czapki tego systemu: ministerstwa czy władz korporacji lekarskiej. Tak naprawdę kwestia winy jest nieistotna, ale trzeba zastanawiać się, co zrobić, by sytuację poprawić. Nikt nie może skontrolować Węgier. Węgrzy sami muszą sobie zmienić rząd, inni mogą go tylko krytykować. Podobnie premier Tusk nie ma bezpośrednich narzędzi doskonalenia systemu ochrony zdrowia. Może podejmować decyzje personalne na najwyższym szczeblu, ale w długiej perspektywie nie ma na zmiany istotnego wpływu.
