Gazeta Krakowska » Kultura » "Pan Tadeusz" w Starym Teatrze to pusty wygłup

"Pan Tadeusz" w Starym Teatrze to pusty wygłup

Data dodania: 2011-12-13 10:01:35 ▪ Ostatnia aktualizacja: 2011-12-13 10:07:49

Gazeta Krakowska

Łukasz Maciejewski

14KomentarzyPrześlijDrukuj
Mniejsza czcionka Większa czcionka
"Pan Tadeusz" w Starym Teatrze to pusty wygłup

Spadający z sofy Roman Gancarczyk jako ksiądz Robak, obok Tadeusz Huk i Krzysztof Globisz (© Wojciech Matusik)

Gdyby "Pan Tadeusz" Mikołaja Grabowskiego był chociaż w połowie tak ciekawy jak poprzedzające premierę wypowiedzi reżysera, mówilibyśmy o sukcesie. Niestety, szumnie zapowiadana teatralna pielgrzymka "Polaków do Polski" okazała się zaledwie wycieczką krajoznawczą zorganizowaną w ramach funduszu pracowniczego. Jakieś widoczki, jakaś wódka, jakieś przesłanie. Wszystko jest "jakieś", czyli w gruncie rzeczy żadne.

Czytaj także: Maleńczuk zaśpiewał Wysockiego w Krakowie [ZDJĘCIA]



Pytanie, w jaki sposób i czy w ogóle warto sięgać dzisiaj w teatrze po "Pana Tadeusza", pozostaje dylematem dotyczącym żywotności literackich pomników. Mickiewiczowski poemat należy do najtrwalszych. Mniejsza o szantaż szkolnej lektury, chodzi o wpływy mimowolne.
∨ Czytaj dalej
Mickiewicz opisał mistrzowsko dekalog wiecznych grzechów i talentów alla polacca.

Nikt po nim nie zrobił tego przenikliwiej. Czytając "Pana Tadeusza", mówiąc - nawet nieświadomie - tekstami z poematu, śmiejemy się i wzruszamy, nie zauważając nawet, że chodzi o nieusuwalną, polską "nieznośną lekkość bytu", marzenie o wyimaginowanej Wielkiej Ojczyźnie, która nigdy nie będzie dostatecznie piękna, wyzwolona i dobrotliwa. Bo każde marzenie zawłaszczy w końcu polski kompleks, poczucie niższości, które w połączeniu z furiactwem i megalomanią, daje mieszankę wybuchową. Mickiewicz pisał: "to jest Sopliców choroba, że im oprócz Ojczyzny nic się nie podoba."

W przedstawieniu Mikołaja Grabowskiego Polska jest przede wszystkim sarmacką, zapyziałą dziurą. Reżyser niezbyt fortunnie przepisuje frazy Mickiewicza na dyrdymałki księdza Kitowicza, i - zwłaszcza w pierwszej części przedstawienia - prezentuje coś w rodzaju czwartej części "Opisu obyczajów".

Czasami bywa nawet zabawnie, ale Grabowski, sięgając po sprawdzone teatralne chwyty, wydaje się zapominać o materiale, który adaptuje. Kluczowe postaci z "Pana Tadeusza" siedzą, na coś czekają, o coś się spierają. Wszystko obraca się wokół Polski wyśnionej oraz pupki Telimeny. Żebyż jeszcze pielgrzymi Grabowskiego tęsknili za Jasną Górą. Nie, ich celem jest co najwyżej Licheń.

Oglądamy zatem galerię ludzi bez wyrazu, przebranych w kostiumy raz współczesne, a w drugiej części spektaklu w szynele i futrzane czapy z epoki. Starają się oni udowodnić wszystkim, że szkolną lekcję z "Pana Tadeusza" już dawno odrobiliśmy. Wszystko zostało powiedziane i przesądzone. Teraz zostaje tylko rekonstrukcja starych kawałków i powtarzanie utartych mądrości. O Polsce i Polakach.

Niektórym artystom udaje się to lepiej, innym gorzej. Żal patrzeć na wybitnych aktorów: Jana Peszka (Wojski/Maciek), Krzysztofa Globisza (Sędzia) czy Tadeusza Huka (Gerwazy), od których po raz kolejny w tym teatrze nie wymaga się już niczego ponad zestaw sprawdzonych min i grepsów. Jeszcze większym smutkiem napawał widok bezradnego Romana Gancarczyka, jednego z najbardziej utalentowanych aktorów "Starego", w roli księdza Robaka zmuszonego do odegrania przedziwnego scenicznego kuriozum. W kluczowej scenie spowiedzi, zamiast słuchać przejmujących fraz Robaka, cały czas zastanawiałem się, kiedy aktor wypadnie w końcu z brudnego wyra, w które upokarzająco został wtłoczony.

Owszem, są w przedstawieniu także pewne przyjemności. Na przykład najlepsza w spektaklu rola Telimeny w wykonaniu Katarzyny Krzanowskiej - na granicy slapsticku, ale doskonale świadoma stosowanych środków i korespondująca z pozostałymi. W komediowych rolach znakomicie odnaleźli się także Zbigniew Kosowski (Podkomorzy) i Aldona Grochal (Podkomorzyna), przejmujący jest także śpiew Jankiela (Arkadiusz Brykalski).

W ogóle, kiedy tylko pojawia się partytura Zygmunta Koniecznego przedstawienie nabiera wagi. Muzyka Koniecznego, w której pobrzmiewają dalekie echa legendarnych spektakli Swinarskiego czy Wajdy, a także skojarzenia z "Piwnicą pod Baranami", podnosi przeciętny spektakl o kilka stopni wyżej. I tylko wówczas "kraj lat dziecinnych" pachnie naprawdę "pierwszym kochaniem". Poza tym, w teatralnym menu Grabowskiego obowiązują zdecydowanie mniej wyrafinowane zapaszki.

Miss Polonia z dawnych lat. Zobacz galerię kandydatek!

Wybieramy najpiękniejszą sportsmenkę Małopolski! Weź udział w plebiscycie!

"Super pies, super kot"! Zobacz zwierzaki zgłoszone w plebiscycie i oddaj głos!

Codziennie rano najświeższe informacje z Krakowa prosto na Twoją skrzynkę e-mail. Zapisz się do newslettera!

Dodajesz jako: Gość

ilość znaków do wpisania:

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

Zaloguj przez Facebook

Teatr Stary zadymia

zgłoś 0 / 0

Autor komentarza nie dodał zdjęcia

malkontent (gość), 14.05.12, 07:48:54

Wczoraj Grabowski w teatrze kalliskim puscił bąka aż się kurzyło. Dziwne, że publicznośc tego nie czuła.

odpowiedzi (0)

skomentuj

wyluzuj

zgłoś 0 / 0

Autor komentarza nie dodał zdjęcia

gość (gość), 14.05.12, 07:30:29

Panie warszawiak wyluzuj pan, chcieli dobrze, nie wyszło, ale przyzna pan dym się im udał.

odpowiedzi (0)

skomentuj

orginalni na siłe

zgłoś 0 / 0

Autor komentarza nie dodał zdjęcia

warszawiak (gość), 14.05.12, 07:24:33

Teatr Stary na siłę chce być orginalny. Nie udało sie. Próbujce może się uda przy parodi bibli.

odpowiedzi (0)

skomentuj

inny punkt widzenia

zgłoś +1 / 0

Autor komentarza nie dodał zdjęcia

emeryt (gość), 14.05.12, 07:16:03

Pan Grabowski czytał innego Pana Tadeusza. W przedwijennej wersji Zosia nie była psychicznie chora.

odpowiedzi (0)

ocena: 100%

Tak: 1

Nie: 0

skomentuj

kiepscy

zgłoś 0 / 0

Autor komentarza nie dodał zdjęcia

horeszko (gość), 14.05.12, 07:03:47

Pan tadeusz grabowskiego na poziomie kiepskicch

odpowiedzi (0)

skomentuj

Pan Tadeusz w Teatrze Starym, czyli Ostatni Zjazd na Litra

zgłoś +2 / 0

Autor komentarza nie dodał zdjęcia

Arianm Korupkas (gość), 28.02.12, 02:37:03

Parafraza tytułu utworu Adama Mickiewicza wynika z przyjętej przez reżysera Pana Mikołaja Grabowskiego koncepcji realizacji inscenizacji utworu, na którym już wielu reżyserów połamało sobie zęby. Inscenizacja w swoich założeniach skierowana była prawdopodobnie głównie do młodzieży i ona też stanowiła większość na wczorajszym przedstawieniu. Jeśli młodzież to i skąd do licha ten nieszczęsny Ostatni Zjazd na Litra. Ano stąd, iż jedna ze scen jest popisowe obciągnięcie litra gorzały przez chyba Andrzeja Rozmusa grającego Pana Tadeuszowego Konewkę. Idzie mu to bardzo dobrze nawet z ostatnich rzędów widać jak w główce litrowej butelki bulgocą bąbelki powietrza. Prawdopodobnie młodzież tej sceny nie zapomni i jeśli zostanie ona nagrana to ma szanse na Youtubie lub Facebloku znaleźć się, jako wizytówka Pana Tadeusza z przypiskiem oryginalnym lub z niniejszej recenzji. To tyle, jako uzasadnienie tytułu recenzji a teraz przechodzimy ad rem do zasadniczej części recenzji. Ojej (korektorze proszę nie dzielić tego słowa), miało być, O jej poziomie itd., ale wyszło jak wyszło i właściwie to jedno słowo odzwierciedla poziom inscenizacji.
Już samo założenie reżysera, iż nadanie inscenizacji formy pielgrzymki w części poprzez antyfoniczna pieśń prologu oraz pozostałe chóralne pieśni śpiewane przez aktorów formie od chóru greckiego do rapu (nota bene rapujący Ksiądz Robak jest i śmieszny i nawet żałosny), a w części zamiast pielgrzymki raczej żałobny niż pielgrzymujący kondukt, jest zamiarem raczej przerastającym tok myślenia zarówno młodzieży jak i dorosłej publiczności. Potwierdzeniem tej refleksji jest zdarzenie bezpośrednio po zakończeniu pierwszego aktu, gdy po ostatnich słowach aktora zapanowała na widowni wielka cisza, raczej niewynikająca z porażenia publiczności wysokim poziomem inscenizacji i gry aktorskiej, lecz raczej z powodów wprost przeciwnych. Siedzący obok mnie starszy Pan z okalająca usta i policzki bródką, ( czyli raczej intelektualista) teatralnym szeptem zapytał swoja Żonę, „Dlaczego NIKT nie klaszcze?”. Nie słyszałem odpowiedzi Żony, być może powiedziała to zacznij i mój sąsiad po kilku sekundach zaczął klaskać. Odpowiedziała mu najpierw jedna osoba, potem przyłączyło się jeszcze kilka osób i mizerne brawa umilkły. Jeśli by cisza na widowni była wyrazem porażenia a potem zachwytu to brawa winny brzmieć i brzmieć modulując swoje natężenie, a tu nic takiego nie było. Być może dla młodej publiczności inscenizacja pierwszej części sztuki, w której reżyser spróbował przenieść Pana Tadeusza, jako utwór, a nie postać w XXI wiek pozwalając zachować aktorom swoje być może prywatne ubiory i rekwizyty np. Krzysztof Globisz (Pan Tadeuszowy Sędzia) kurczowo trzymał swoją teczkę jakby się bał, że mu ją ukradną, a ksiądz Robak (Roman Gancarczyk) taszczył współczesną z uszami torbę podróżna jakby z nią nie kwestował, tylko wybierał się na saxy za granicę, jest inscenizacją niezbyt pociągającą artystycznie. Entuzjazmu u młodzieży a tym bardziej u starszej publiczności nie wywołał także taniec świętego Wita w wykonaniu Pan Tadeuszowej Róży i jej rzewnie pienia „Zosia, Zosia,…… ……., Zaosia”. Atrakcją tegoż tańca, na która ja stary zbereźnik zacząłem oczekiwać i pewnie ta atrakcja wywołałaby aplauz szerokiej publiczności byłoby na przykład wysunięcie się w trakcie akrobatycznych figur tańca św. Wita nawet tylko jednej, jakże apetycznej piersi aktorki ze skromnej przy szyi koszulki, w która była przyobleczona aktorka. Tu proszę nie przyjmować, iż gra aktorki była słaba, ale cóż tak aktor gra jak mu reżyser każe i pozwala.
Generalnie można powiedzie, iż tym razem reżyser na za dużo aktorom nie pozwolił, a tylko na raczej niezbyt udaną pielgrzymkę Pana Tadeusza do współczesności.
W drugiej części pielgrzymki było już znacznie mniej, a więcej mickiewiczowskiego Pana Tadeusza. Kostiumolog i ekipa krawiecka przygotowali stroje ( nie pomylić z troje) z epoki, zaś aktorzy chyba mieli więcej swobody w kształtowaniu postaci, gdyż i brawa na koniec przedstawienia były całkiem całkiem, także od młodzieży. Dysonansem tylko, który wywołał, niezbyt na miejscu, jedyny śmiech widowni był końcowy epizod, w którym Zosia wręcza uciekającemu do Polski (do Księstwa Warszawskiego) dwa miniaturowe obrazki świętych, mające uchronić Pana Tadeusza od złych przygód na wojnie, a on zamiast schować je na sercu, chowa je w nie oszukujmy się w …. rozporek. Przynajmniej ja tak to odebrałem i chyba większość publiczności sądząc po salwie śmiechu. Czyżby to próba nawiązania do XIII księgi Pana Tadeusza. Starsi ją znają, a pewnie i młodzież też, gdyż jak wrzucimy w Internet hasło Pan Tadeusz i księgi to XIII zajmuje poczesną pozycję.
Przechodząc do wyboru wątków przedstawionych w inscenizacji, to skoro jak pisze reżyser na stronie Teatru Starego istotą sztuki miało być „nieustanne pielgrzymowanie Polaków do Polski – wyśnionej, wspaniałej, świętej, ale wciąż nieosiągalnej” zaś „ Bohaterami spektaklu są współcześni pielgrzymi, którzy – wyśpiewując kolejne antyfony do Polski – odbywają podróż w głąb narodowej duszy” to oglądając spektakl po wyborze tekstów niezbyt to się udało, gdyż wybór tekstów z miczkiwiczowskiego almanachu jest poza kilkoma standartowymi kwestiami, bez których Pan Tadeusz nie byłby Panem Tadeuszem, sądząc z ponad trzygodzinnego spektaklu raczej przypadkowy i nieporywający widowni. Przestawianie kolejności fraz i scen także inscenizacji raczej nie służy. Kilkakrotne epatowanie widza w pierwszej części watkami związanymi z ucztami i jedzeniem, przerywane pielgrzymowaniem spłyca wyraz utworu i czyni go niezbyt zrozumiałym. Druga część z rysem historii konfliktu horeczkowo-soplicoiwego, najazdo-zajazdem na litra oraz nieprzekonywującą śmiercią Księdza Robaka, który śmiertelnie postrzelony i umierający czasowo ożywa, wstaje złoża śmierci i na stojąco wygłasza swoją kwestie, po czym przykładnie umiera, nie jest tym, co niedźwiedzie nawet już zastrzelone lubią najbardziej.
Brak choćby zarysowania wątków końcowych podsumowujących utwór. Nie mówię już o wkroczeniu wojsk polskich na Litwę, ślubie Pana Tadeusza i Zosi, lecz przynajmniej kilka taktów nieśmiertelnego poloneza i kilka wierszy epilogu znaczni lepiej zamknęłoby spektakl niż kondukt pogrzebowy Jacka Soplicy kierujący się w tumany dymu. Mnie na przykład zabrakło wychodzącego z tumanów dymu korowodu par idących w polonezie, granym na cymbałach. To nie jest żadna aluzja do publiczności, której i ja jestem przedstawicielem, tłumnie walącej na spektakl, a sądząc po reakcji w trakcie i po spektaklu, raczej intencji reżysera nie kuma, jak to mówiła a być może i jeszcze mówi młodzież.
PS. Chciałem napisać jakoś przychylniej, a wyszło jak wyszło, no wot takij żiwot.

odpowiedzi (0)

ocena: 100%

Tak: 2

Nie: 0

skomentuj

Pozytywne zaskoczenie

zgłoś 0 / -1

Autor komentarza nie dodał zdjęcia

Louis (gość), 18.01.12, 11:59:57

To dobry i fajny spektakl, 3 godziny pysznej zabawy. Grabowski zrobił pastisz z Pana Tadeusza. Nowocześnie i wesoło. Na sali dużo licealistów do których to przedstawienie przemawia, jest zrobione w ich języku. Zaskakujące, że można tak wiele wycisnąć z klasyki, łatwo przecież zrobić gniota. Zgadza się, muzyka i śpiew są bardzo mocną stroną tej inscenizacji, a całość jest dynamiczna, bez dłużyzn. Rapowanie Mickiewiczowskim tekstem - bezcenne.
Polecam, nie będziecie zawiedzeni.

odpowiedzi (0)

ocena: 0%

Tak: 0

Nie: 1

skomentuj

dykcja, dykcja, dykcja!

zgłoś +2 / 0

Autor komentarza nie dodał zdjęcia

Ewa (gość), 18.01.12, 11:59:38

Przedstawienie podobało mi się, chociaż istotnie, Robak na katafalku wypadł dość idiotycznie. Wg. mnie spektakl bardzo krakowski i nawet bardzo by się podobał, gdyby nie to, iż u wielu zawodziła dykcja, co stanowiło główny i zasadniczy minus przedstawienia.

odpowiedzi (0)

ocena: 100%

Tak: 2

Nie: 0

skomentuj

bzdura, spektakl super

zgłoś 0 / -1

Autor komentarza nie dodał zdjęcia

Alicja (gość), 16.01.12, 09:56:35

Przedstawienie bardzo mi się podobało, nawet nie przypuszczałam ze tyle mozna z pana tadeusza wycisnąć! jest bardzo śmieszny, a momentami bardzo na serio, widac ze grabowski czyta pana tadeusza gombrowiczem. Aktorzy byli fantastycznie. Oczywiscie jak ktos sie spodziwa spektaklu zrealizowanego "po bożemu" to niech od razu odpusci. to jest raczej zabawa z tekstem i spór o polskę, polskosc, saramtyzm. Aktorzy rewelacyjni!

odpowiedzi (0)

ocena: 0%

Tak: 0

Nie: 1

skomentuj

.Żenada .

zgłoś +4 / -1

Autor komentarza nie dodał zdjęcia

Agneiszka (gość), 29.12.11, 23:44:10

Byłam wczoraj na tym spektaklu .Żenada .Aktorzy łaskę robią ,że na scenie stoją !Mało tego , niektórzy to mieli problem z dykcją !!!Mówią niewyraźnie ,niechlujnie ....Żenada i jeszcze raz żenada .Szkoda tych 50 zł na ten "kabaret" .Skora nie ma kasy na scenografię ,kostiumy i ma to być teatr słowa ,to niechaj ono będzie na jakimś poziomie.Kultura żywego słowa ...
Nie tego oczekuję od "teatru" ,bez którego kiedyś żyć nie mogłam...
Agnieszka

odpowiedzi (0)

ocena: 80%

Tak: 4

Nie: 1

skomentuj
1 2 »

Rozrywka

Gazeta Krakowska

  • Czytaj nas na iPhone oraz iPad
  • Czytaj nas na Androidzie
  • Czytaj nas na pozostałych telefonach
  • Rozrywka NMEkstraklasa LiveZobacz inne aplikacje

Aktualne wydanie:

"Gazeta Krakowska", czwartek 24.05.2012

Kup e-wydanie

Prenumerata:

PRENUMERATA



31-548 Kraków, al. Pokoju 3
012 688 81 36, bezpłatny 0 800 603 906
prenumerata@gk.pl

Zamów prenumeratę

Kontakt z redakcją:

Polska Gazeta Krakowska



Polskapresse, Oddział Prasa Krakowska
Redakcja: 31-548 Kraków, al. Pokoju 3
tel. 12 688 81 00, faks 12 688 81 09

Napisz do nas

Zapisz się do Newslettera

Reklama

Reklama

Sonda

Gdyby Warszawa nie była stolicą, to które miasto powinno nią być?

Polskapresse sp. z.o.o informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie GazetaKrakowska.pl podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.
Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.