Data dodania: 2011-12-13 10:01:35 ▪ Ostatnia aktualizacja: 2011-12-13 10:07:49
Spadający z sofy Roman Gancarczyk jako ksiądz Robak, obok Tadeusz Huk i Krzysztof Globisz (© Wojciech Matusik)
Gdyby "Pan Tadeusz" Mikołaja Grabowskiego był chociaż w połowie tak ciekawy jak poprzedzające premierę wypowiedzi reżysera, mówilibyśmy o sukcesie. Niestety, szumnie zapowiadana teatralna pielgrzymka "Polaków do Polski" okazała się zaledwie wycieczką krajoznawczą zorganizowaną w ramach funduszu pracowniczego. Jakieś widoczki, jakaś wódka, jakieś przesłanie. Wszystko jest "jakieś", czyli w gruncie rzeczy żadne.
Arianm Korupkas (gość), 28.02.12, 02:37:03
Parafraza tytułu utworu Adama Mickiewicza wynika z przyjętej przez reżysera Pana Mikołaja Grabowskiego koncepcji realizacji inscenizacji utworu, na którym już wielu reżyserów połamało sobie zęby. Inscenizacja w swoich założeniach skierowana była prawdopodobnie głównie do młodzieży i ona też stanowiła większość na wczorajszym przedstawieniu. Jeśli młodzież to i skąd do licha ten nieszczęsny Ostatni Zjazd na Litra. Ano stąd, iż jedna ze scen jest popisowe obciągnięcie litra gorzały przez chyba Andrzeja Rozmusa grającego Pana Tadeuszowego Konewkę. Idzie mu to bardzo dobrze nawet z ostatnich rzędów widać jak w główce litrowej butelki bulgocą bąbelki powietrza. Prawdopodobnie młodzież tej sceny nie zapomni i jeśli zostanie ona nagrana to ma szanse na Youtubie lub Facebloku znaleźć się, jako wizytówka Pana Tadeusza z przypiskiem oryginalnym lub z niniejszej recenzji. To tyle, jako uzasadnienie tytułu recenzji a teraz przechodzimy ad rem do zasadniczej części recenzji. Ojej (korektorze proszę nie dzielić tego słowa), miało być, O jej poziomie itd., ale wyszło jak wyszło i właściwie to jedno słowo odzwierciedla poziom inscenizacji.
Już samo założenie reżysera, iż nadanie inscenizacji formy pielgrzymki w części poprzez antyfoniczna pieśń prologu oraz pozostałe chóralne pieśni śpiewane przez aktorów formie od chóru greckiego do rapu (nota bene rapujący Ksiądz Robak jest i śmieszny i nawet żałosny), a w części zamiast pielgrzymki raczej żałobny niż pielgrzymujący kondukt, jest zamiarem raczej przerastającym tok myślenia zarówno młodzieży jak i dorosłej publiczności. Potwierdzeniem tej refleksji jest zdarzenie bezpośrednio po zakończeniu pierwszego aktu, gdy po ostatnich słowach aktora zapanowała na widowni wielka cisza, raczej niewynikająca z porażenia publiczności wysokim poziomem inscenizacji i gry aktorskiej, lecz raczej z powodów wprost przeciwnych. Siedzący obok mnie starszy Pan z okalająca usta i policzki bródką, ( czyli raczej intelektualista) teatralnym szeptem zapytał swoja Żonę, „Dlaczego NIKT nie klaszcze?”. Nie słyszałem odpowiedzi Żony, być może powiedziała to zacznij i mój sąsiad po kilku sekundach zaczął klaskać. Odpowiedziała mu najpierw jedna osoba, potem przyłączyło się jeszcze kilka osób i mizerne brawa umilkły. Jeśli by cisza na widowni była wyrazem porażenia a potem zachwytu to brawa winny brzmieć i brzmieć modulując swoje natężenie, a tu nic takiego nie było. Być może dla młodej publiczności inscenizacja pierwszej części sztuki, w której reżyser spróbował przenieść Pana Tadeusza, jako utwór, a nie postać w XXI wiek pozwalając zachować aktorom swoje być może prywatne ubiory i rekwizyty np. Krzysztof Globisz (Pan Tadeuszowy Sędzia) kurczowo trzymał swoją teczkę jakby się bał, że mu ją ukradną, a ksiądz Robak (Roman Gancarczyk) taszczył współczesną z uszami torbę podróżna jakby z nią nie kwestował, tylko wybierał się na saxy za granicę, jest inscenizacją niezbyt pociągającą artystycznie. Entuzjazmu u młodzieży a tym bardziej u starszej publiczności nie wywołał także taniec świętego Wita w wykonaniu Pan Tadeuszowej Róży i jej rzewnie pienia „Zosia, Zosia,…… ……., Zaosia”. Atrakcją tegoż tańca, na która ja stary zbereźnik zacząłem oczekiwać i pewnie ta atrakcja wywołałaby aplauz szerokiej publiczności byłoby na przykład wysunięcie się w trakcie akrobatycznych figur tańca św. Wita nawet tylko jednej, jakże apetycznej piersi aktorki ze skromnej przy szyi koszulki, w która była przyobleczona aktorka. Tu proszę nie przyjmować, iż gra aktorki była słaba, ale cóż tak aktor gra jak mu reżyser każe i pozwala.
Generalnie można powiedzie, iż tym razem reżyser na za dużo aktorom nie pozwolił, a tylko na raczej niezbyt udaną pielgrzymkę Pana Tadeusza do współczesności.
W drugiej części pielgrzymki było już znacznie mniej, a więcej mickiewiczowskiego Pana Tadeusza. Kostiumolog i ekipa krawiecka przygotowali stroje ( nie pomylić z troje) z epoki, zaś aktorzy chyba mieli więcej swobody w kształtowaniu postaci, gdyż i brawa na koniec przedstawienia były całkiem całkiem, także od młodzieży. Dysonansem tylko, który wywołał, niezbyt na miejscu, jedyny śmiech widowni był końcowy epizod, w którym Zosia wręcza uciekającemu do Polski (do Księstwa Warszawskiego) dwa miniaturowe obrazki świętych, mające uchronić Pana Tadeusza od złych przygód na wojnie, a on zamiast schować je na sercu, chowa je w nie oszukujmy się w …. rozporek. Przynajmniej ja tak to odebrałem i chyba większość publiczności sądząc po salwie śmiechu. Czyżby to próba nawiązania do XIII księgi Pana Tadeusza. Starsi ją znają, a pewnie i młodzież też, gdyż jak wrzucimy w Internet hasło Pan Tadeusz i księgi to XIII zajmuje poczesną pozycję.
Przechodząc do wyboru wątków przedstawionych w inscenizacji, to skoro jak pisze reżyser na stronie Teatru Starego istotą sztuki miało być „nieustanne pielgrzymowanie Polaków do Polski – wyśnionej, wspaniałej, świętej, ale wciąż nieosiągalnej” zaś „ Bohaterami spektaklu są współcześni pielgrzymi, którzy – wyśpiewując kolejne antyfony do Polski – odbywają podróż w głąb narodowej duszy” to oglądając spektakl po wyborze tekstów niezbyt to się udało, gdyż wybór tekstów z miczkiwiczowskiego almanachu jest poza kilkoma standartowymi kwestiami, bez których Pan Tadeusz nie byłby Panem Tadeuszem, sądząc z ponad trzygodzinnego spektaklu raczej przypadkowy i nieporywający widowni. Przestawianie kolejności fraz i scen także inscenizacji raczej nie służy. Kilkakrotne epatowanie widza w pierwszej części watkami związanymi z ucztami i jedzeniem, przerywane pielgrzymowaniem spłyca wyraz utworu i czyni go niezbyt zrozumiałym. Druga część z rysem historii konfliktu horeczkowo-soplicoiwego, najazdo-zajazdem na litra oraz nieprzekonywującą śmiercią Księdza Robaka, który śmiertelnie postrzelony i umierający czasowo ożywa, wstaje złoża śmierci i na stojąco wygłasza swoją kwestie, po czym przykładnie umiera, nie jest tym, co niedźwiedzie nawet już zastrzelone lubią najbardziej.
Brak choćby zarysowania wątków końcowych podsumowujących utwór. Nie mówię już o wkroczeniu wojsk polskich na Litwę, ślubie Pana Tadeusza i Zosi, lecz przynajmniej kilka taktów nieśmiertelnego poloneza i kilka wierszy epilogu znaczni lepiej zamknęłoby spektakl niż kondukt pogrzebowy Jacka Soplicy kierujący się w tumany dymu. Mnie na przykład zabrakło wychodzącego z tumanów dymu korowodu par idących w polonezie, granym na cymbałach. To nie jest żadna aluzja do publiczności, której i ja jestem przedstawicielem, tłumnie walącej na spektakl, a sądząc po reakcji w trakcie i po spektaklu, raczej intencji reżysera nie kuma, jak to mówiła a być może i jeszcze mówi młodzież.
PS. Chciałem napisać jakoś przychylniej, a wyszło jak wyszło, no wot takij żiwot.
odpowiedzi (0)
Tak: 2
Nie: 0
Louis (gość), 18.01.12, 11:59:57
To dobry i fajny spektakl, 3 godziny pysznej zabawy. Grabowski zrobił pastisz z Pana Tadeusza. Nowocześnie i wesoło. Na sali dużo licealistów do których to przedstawienie przemawia, jest zrobione w ich języku. Zaskakujące, że można tak wiele wycisnąć z klasyki, łatwo przecież zrobić gniota. Zgadza się, muzyka i śpiew są bardzo mocną stroną tej inscenizacji, a całość jest dynamiczna, bez dłużyzn. Rapowanie Mickiewiczowskim tekstem - bezcenne.
Polecam, nie będziecie zawiedzeni.
odpowiedzi (0)
Tak: 0
Nie: 1
Ewa (gość), 18.01.12, 11:59:38
Przedstawienie podobało mi się, chociaż istotnie, Robak na katafalku wypadł dość idiotycznie. Wg. mnie spektakl bardzo krakowski i nawet bardzo by się podobał, gdyby nie to, iż u wielu zawodziła dykcja, co stanowiło główny i zasadniczy minus przedstawienia.
odpowiedzi (0)
Tak: 2
Nie: 0
Alicja (gość), 16.01.12, 09:56:35
Przedstawienie bardzo mi się podobało, nawet nie przypuszczałam ze tyle mozna z pana tadeusza wycisnąć! jest bardzo śmieszny, a momentami bardzo na serio, widac ze grabowski czyta pana tadeusza gombrowiczem. Aktorzy byli fantastycznie. Oczywiscie jak ktos sie spodziwa spektaklu zrealizowanego "po bożemu" to niech od razu odpusci. to jest raczej zabawa z tekstem i spór o polskę, polskosc, saramtyzm. Aktorzy rewelacyjni!
odpowiedzi (0)
Tak: 0
Nie: 1
Agneiszka (gość), 29.12.11, 23:44:10
Byłam wczoraj na tym spektaklu .Żenada .Aktorzy łaskę robią ,że na scenie stoją !Mało tego , niektórzy to mieli problem z dykcją !!!Mówią niewyraźnie ,niechlujnie ....Żenada i jeszcze raz żenada .Szkoda tych 50 zł na ten "kabaret" .Skora nie ma kasy na scenografię ,kostiumy i ma to być teatr słowa ,to niechaj ono będzie na jakimś poziomie.Kultura żywego słowa ...
Nie tego oczekuję od "teatru" ,bez którego kiedyś żyć nie mogłam...
Agnieszka
odpowiedzi (0)
Tak: 4
Nie: 1
Reklama
Reklama
Gdyby Warszawa nie była stolicą, to które miasto powinno nią być?
Copyright © Polskapresse Sp. z o.o.
Realizacja serwisu: Gratka Technologie Sp. z o.o.
Polskapresse sp. z.o.o informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie GazetaKrakowska.pl podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.
Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.