Z Markiem SosenkĄ, z okazji dnia pluszowego misia, rozmawia Piotr Rąpalski
Pan nie tylko zbiera, ale i ratuje pluszowe misie.
Najstarszego misia w mojej kolekcji prawie bym przegapił. Jedna pani wielokrotnie dzwoniła, że ma miśka dla mnie, ale długo nie mogłem po niego przyjechać. Jak się już wybrałem, okazało się, że misia na kawałki rozszarpał jamnik. Ale pozbierałem kopkę trocin i strzępów i udało się go pozszywać. I tak misiek sprzed 1903 roku z cerami i łatami został przywrócony do życia.
Pochodzi z fabryki Margarete Steiff, niemieckiej szwaczki, która robiła pierwsze misie z końcem XIX wieku.
Czyli misie są z Niemiec?
Niewiele później pluszowe misie pojawiły się w Stanach Zjednoczonych. W 1902 roku, aby ułatwić prezydentowi USA strzelenie do niedźwiedzia na polowaniu, przywiązano zwierzaka do drzewa. Prezydent jednak zaprotestował, a tę scenkę wykonał jeden ze sklepikarzy na swoją witrynę sklepową. I tak zrodził się "Teddy Bear" od imienia prezydenta Teodora Roosevelta.
Drugi misiek też, widzę, odratowany.
Tak. Kiedy likwidowano w Krakowie jeden duży dom, sprzątający zarzekali się, że nie ma w nim żadnych zabawek, bo mieszkało tam bezdzietne małżeństwo. Zrezygnowany wychodzę, a tu widzę, że z jednego worka, jak ręka tonącego, wystaje łapka misia. Okazało się, że to pluszak sprzed 1910 roku.
Za tego najstarszego misia można by kupić dom?
Może nie cały dom, ale na pewno jest wartościowy. W kolekcjonerstwie poszukuje się rzeczy w stanie idealnym, ale przecież jeśli zabawka była kochana, to musi być trochę zniszczona, bo dziecko nie myśli przecież o wystawianiu jej na aukcje. (śmiech) Zabawki w stanie idealnym mogą oznaczać, że dziecko ich nie dostało, bo było niegrzeczne.
A może zabawka była mało atrakcyjna?
Nie zgodzę się, bo każda jest. Jeśli uważa pan, że piasek, patyczki i woda są nieatrakcyjne, to się pan grubo myli, bo dzieci znajdą tysiąc sposobów, aby wykorzystać je do zabawy.
Dlaczego te najstarsze misie jakieś takie garbate?
Przecież prawdziwy niedźwiedź też ma taki garb. Gdy podpiera się na łapach, łeb idzie w dół, a plecy w górę. Te misie są najbliższe oryginału.
A tu całe pudło misiów...
Ten na przykład jest całkiem wyleniały z futra, ale jedzie na rowerze o napędzie sprężynowym.
Wygląda trochę jak mysz bez tego futra.
I to jeszcze oblizana przez kota. (śmiech) Dalej mamy miśka narciarza, którego też się nakręca. Inny z kolei jest cały czerwony. Przypomina bardziej prosiaczka z "Kubusia Puchatka". Pochodzi z lat 20. Jest też pani misiowa w fartuszku. Część miśków ma oczy szklane, a część z guzików do butów. I tu jeszcze jeden nakręcany na czterech łapach. Idzie i kręci głową. Mechanizm ciągle działa.
A Pan miał misia przytulankę w dzieciństwie?
Zrobili mi go rodzice z zielonego sztruksu. Najważniejsza jego część to były podkładki pod łapy, żeby się dobrze poruszały. To były okupacyjne pięciogroszówki z dziurką. Zawsze przed snem sprawdzałem, czy ciągle są na miejscu. Misiek przepadł gdzieś przy wielu przeprowadzkach.
Bez miśka nie szło zasnąć?
Misie do tego były konieczne, ale później zamieniłem je na samochód star 20, który zrobiłem sobie sam z klepki podobnej jak te do parkietu i ćwiartki drewnianego koła wyciętego przez pana, który robił obcasy do butów.
Trochę mało, żeby zrobić samochód.
Te dwa elementy wystarczyły, żebym sobie już wyobraził, że to star 20. Do tego pomalowałem go jeszcze kredkami woskowymi.
Trochę ciężko przytulać się do stara 20.
Fakt, że ciut sztywniejszy. (śmiech)
Ile zabawek liczy kolekcja?
40 tysięcy, ale to jest szacunkowa liczba. Może być więcej. Niestety w czasie powodzi w 2010 roku zniszczona została kolekcja kalkomanii.
To kiedy doczekamy się muzeum zabawek?
Martwi mnie to, że mówi się o tym od dziesięciu lat i nic. W debacie prezydenckiej w 2002 roku Jacek Majchrowski zapowiedział, że takie muzeum będzie jednym z głównych zadań w kulturze. Rozumiem, że brakuje środków finansowych, ale martwię się, że moje zabawki zaczynają być coraz bardziej atrakcyjne, wiekowe, zatem i ja się starzeję. (śmiech) Wysyłam eksponaty na wystawy poza Krakowem, ale to powoduje zawsze straty, a tak muzeum mogłoby ściągać turystów do naszego miasta.
Czy Pana eksponaty zagrały w filmach?
W wielu, m.in. w "Liście Schindlera", gdzie wyposażyliśmy całą okupacyjną aptekę, w tryptyku Kieślowskiego "Trzy kolory" i innych. Dwa razy zdarzyły się jednak nieszczęścia. Raz cała ekspozycja pokazująca wnętrze sklepu z zabawkami runęła, bo dźwiękowiec cofnął się o jeden krok za daleko, a raz rekwizytor nie zauważył, że jeden ze statystów ukradł dla swoich dzieci dwie szmaciane lalki. Filmowcy do niego dotarli, ale okazało się, że już je wyprał i zupełnie zniszczył.
To prawda, że wydał Pan wszystkie pieniądze narzeczonej na kolekcję?
Cóż, tak. Najpierw się oświadczyłem, wydałem jej pieniądze, a po paru miesiącach się ożeniłem.
Zostało coś na obrączki?
Żona była na tyle zapobiegliwa.
Miss Polonia z dawnych lat. Zobacz galerię najpiękniejszych kandydatek!
Academy(c) Awards. Plebiscyt na najlepszy akademik Krakowa!
Mieszkania Kraków. Sprawdź nowy serwis
Codziennie rano najświeższe informacje z Krakowa prosto na Twoją skrzynkę e-mail. Zapisz się do newslettera!