Polska kinematografia podobno znowu w rozkwicie, po festiwalu w Gdyni krytycy zgodnym chórem pieją nad intelektualną kondycją rodzimych twórców i prześcigają w używaniu DUŻYCH słów. Jest tak pięknie, że niektórzy gotowi byli uznać za nieporozumienie nagrodzenie Złotymi Lwami "Essential Killing" Jerzego Skolimowskiego. Byli lepsi - powiadają. Ciekawe. Na Wenecję Skolimowski nie był za słaby, ale na Gdynię - tak. To się porobiło.
Do opinii krytyków filmowych nie przywiązuję się zbytnio, zwłaszcza tych definiujących stan ogólny dziesiątej z muz, bo tak się jakoś składa, że renesans polskiego kina jest ogłaszany co dwa lata, tak samo zresztą jak jego kryzys. Na przemian. Albo więc w Polsce w lata parzyste tworzy się arcydzieła, a w nieparzyste gnioty, albo w Gdyni raz bankiety są lepsze, a raz gorsze. Na co stawiacie?
Nie wierzę też w mechanizm - krytyk widzi więcej.
Kiedyś nabrałem się na zachwyty nad "Winem truskawkowym", a potem podczas seansu wyłem z bólu, takie to było niedobre, nudne i pretensjonalne. A wcześniej nikt się słowem nie zająknął, że to lipa. Chyba nie chciano robić przykrości Andrzejowi Stasiukowi, bo to jego prozę ekranizowano, a sam zresztą był też współscenarzystą filmu. Może go lubią, a może się boją, ale fakt jest faktem, że Stasiuka krytyka się nie ima. Taki Jarosław Kuźniar robiąc z nim parę miesięcy temu wywiad w TVN24 zachowywał się jak fanka piszcząca na widok Justina Biebera.
Niechby jednak była to i prawda, że polskie kino odleciało poziomem w przestworza (przekonać się o tym pewnie nie będziemy mogli, bo jak zwykle większość filmów z festiwalowej selekcji nie trafi do kinowej dystrybucji). Nie zmieni to jednak ogólnej tendencji, że skoro dziś jest artystyczna hossa, to za rok będzie bessa. Co nie dziwi mnie wcale, bo na wrzesień zaplanowano premierę "Bitwy Warszawskiej" Jerzego Hoffmana, pierwszą polską superprodukcję 3D. Tu cudu na Wisłą mimo wszystko bym nie oczekiwał. Tylko kasa się będzie zgadzać. Chociaż... Hm, mam ostatnio wrażenie, że przemysł kinowy przeżywa bardzo trudne chwile.
W poniedziałek dziecko zaciągnęło mnie do multipleksu na urodziny koleżanki. Kino, chipsy i coca-cola. Wierzcie, może być gorzej. Ponoć bardzo popularne są teraz kinderbale z laserowym paintballem. Przez dwie godziny dzieci biegają w ciemnościach i walą do siebie ze specjalnych karabinów. Ograniczeń wiekowych nie ma, więc po imprezie zachwycone ośmiolatki oglądają swoje statystyki i pytają: ilu ludzi zabiłeś?
No, ale przyprowadziłem dziecię, w kinie go przecież nie ustrzelą, usłyszałem pa-pa, i szukaj sobie dziadu rozrywki na najbliższe trzy godziny. Dookoła galeria handlowa niby, ale myśliwym wyprzedażowym nie jestem, więc kroki skierowałem do kinowej kasy.
Z polskich nowości, a jakże, niewiele, jeno kryminał "Uwikłanie", który - to zabawne - doczekał się entuzjastycznych recenzji w prawicowych mediach. Czym sobie zasłużył? Ano za czarne charaktery robią w nim byli ubecy. "To pierwsza opowieść, która w sensacyjnej formie pokazuje Polskę jako kraj, w którym ubecki układ żyje" - zachwycano się na łamach Rzeczpospolitej. Dla mnie bomba, nie ma to jak sztuka oglądana przez polityczne okulary. Swoją drogą to cenna wskazówka dla reżyserów, którzy pragną, by bez większego wysiłku ich dzieła zyskały prefiks "arcy". Wystarczy nakręcić film, w którym dwóch homoseksualistów wychowuje dziecko - ach ta gorąca dyskusja na temat związków partnerskich - i poprowadzić akcję na jeden z dwóch sposobów. Albo tak, że wychowują dziecię na porządnego Polaka-Europejczyka-Ekologa-Wegetarianina, albo tak, że je molestują, a w finale z rąk homooprawców odbija je znający kung-fu redemptorysta. Wtedy zawsze znajdzie się środowisko, które uzna film za wydarzenie, a reżysera za wizjonera przełamującego fale.
Z tym "Uwikłaniem" nie sprawdziłem jednak, co i jak, bo godzina się nie zgadzała. Koniec końców wylądowałem na "Super8", spielbergowskiej bajce s-f o dzieciach, które ratują świat. To słuszna koncepcja, bo kto świat uratuje jak nie dzieci? My już na to jesteśmy za starzy, za grubi i za leniwi.
Wchodzę. Dziesięć sal, wszystkie pootwierane, żywego ducha nie ma (te dzieci z urodzin bawiły się po drugiej stronie). Nawet biletera brak. W końcu przyleciał i coś mi się zaczęło wydawać, że niejaki popłoch wywołałem samym tylko pojawieniem się. W sali ciemno, na ekranie pusto, choć powinny kończyć się już reklamy. Usiadłem. Nikogusio. Tylko ja. A to przecież amerykańska superprodukcja raptem trzy dni po premierze! Nawet operatora nie było, dopiero bileter po niego dzwonił. Poczułem się wyjątkowo, dla mnie i tylko dla mnie uruchomili całą kinową maszynerię. Reklamy też mi puścili. A nawet nie zwróciło im się za prąd, bo kupiłem bilet sauté, bez suchej karmy.
Teraz boję się jednak, że to będzie cała tragedia polskiej sztuki: zaczęliśmy robić dobre filmy akurat w chwili, gdy ludzie przestali chodzić do kina. I czyż to nie jest świetny pomysł na film?
Sprawdź aktualny rozkład jazdy PKP Kraków
Chcesz iść za darmo do Parku Wodnego w Krakowie? Rozdajemy bilety
Urządź się w Krakowie! Zobacz, jak to zrobić!
Codziennie rano najświeższe informacje z Krakowa prosto na Twoją skrzynkę e-mail Zapisz się do newslettera!