Kobiety mają u nas jak w raju

Kobiety mają u nas jak w raju

Przemek Franczak

Gazeta Krakowska

Aktualizacja:

Gazeta Krakowska

Kobiety mają u nas jak w raju

©archiwum

Zadałem sobie trud przeczytania od deski do deski "Konwencji o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej". To, przypominam, lektura, która polskiemu episkopatowi i takiejż prawicy (w sumie coraz częściej to jedno i to samo) spędza sen z powiek po stokroć bardziej niż cała seria okultystycznego "Harry'ego Pottera".
Kobiety mają u nas jak w raju

©archiwum

Sprawa jest więc poważna, tym bardziej że akurat wałkują ją w Sejmie. Niestety, próba dokopania się do źródeł lęków i fobii przeciwników ratyfikowania owego, całkiem mądrego, dokumentu spełzła na niczym. Odniosłem raczej wrażenie, że oni wcale do niego nie zaglądali, choć można w tym przypadku rozważyć też powszechny w narodzie brak umiejętności czytania ze zrozumieniem.

Niewątpliwie politycy wyznania konserwatywnego osiągnęli prawdziwe mistrzostwo w dokonywaniu aktów histerycznego sprzeciwu oraz robieniu wideł z igieł; zwłaszcza w kwestiach światopoglądowych.
Wsłuchując się w ich wynurzenia na temat konwencji, można odnieść wrażenie, że na 48 stronach rozpisano przebiegły plan zniszczenia polskiej rodziny, zdewastowania Kościoła oraz operacyjnego przeflancowania kobiet na mężczyzn, i a rebours. Prawicowi posłowie i posłanki są w tej narracji tak przekonujący, że zacząłem sobie nawet wyobrażać, iż już pierwsze słowa wstępu musiały wykrzywić ich w pozach przypominających egzorcyzmowaną Lindę Blair w "Egzorcyście", choć tym razem miałoby chodzić o wypędzenie - konwencją - chrześcijańskiego ducha. Rolę krzyża, którym traktuje się opętanego w starych horrorach, pełni w ich przypadku pojęcie "płeć społeczno-kulturowa" (czyli, a jakże, dżender). Jednak wbrew wrażeniu, jakie uparcie próbują wywołać, nie na tym zagadnieniu koncentrują się autorzy konwencji. Ona dotyczy, o dziwo, zapobiegania i zwalczania przemocy wobec kobiet.

Przeciętny Polak z tej medialnej młócki oczywiście tego się nie dowie, drżeć będzie jedynie, że konwencja zmusi go do zmiany płci. Wiecie, to jest mniej więcej tak, jak z dyskusją wokół edukacji seksualnej w szkołach, występującej w nich pod nazwą wdżwr, czyli wychowanie do życia w rodzinie. Przeciwnicy tych zajęć gotowi wyrugować je z programu od zaraz pod absurdalnym zarzutem bałamucenia nieletnich, wysuwają mnóstwo argumentów, tyle że notorycznie przemilczają jeden, dość istotny fakt: że nie są to lekcje obowiązkowe. O tym, czy dziecko będzie na nie uczęszczać, decyduje rodzic. Podobnie jak w przypadku religii. To się nazywa wolność wyboru, drodzy państwo. O co więc tyle hałasu?

A w przypadku konwencji jest tak: skoro tak bardzo nie chcą jej ratyfikować, to znaczy, że jest nam bardzo potrzebna.

Napisz do autora:
p.franczak@gk.pl


Co wiesz o Krakowie? WEŹ UDZIAŁ W QUIZIE!"



"Gazeta Krakowska" na Twitterze i Google+
Artykuły, za które warto zapłacić! Sprawdź i przeczytaj

Codziennie rano najświeższe informacje z Krakowa prosto na Twoją skrzynkę e-mail. Zapisz się do newslettera!

Komentarze

Dodajesz komentarz jako: Gość

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

Liczba znaków do wpisania:

zaloguj się

Najnowsze wiadomości

Zobacz więcej

Najczęściej czytane

Polecamy

Wideo