Zajrzałam w każdą dziurę. Byłam we wszystkich sklepach, w kwiaciarni, u fryzjera, u księdza, u sołtysa. Przeszłam Wolę Batorską wzdłuż i wszerz szukając szczęśliwca, który zgarnął w Lotto prawie siedem milionów - pisze Anna Górska.
W Woli Batorskiej milionerów znalazłam, nawet kilku. Ale który z nich to ten ze szczęśliwym kuponem w kieszeni? Nie wiadomo. Nikt nie chce się przyznać. Jedno jest pewne, że każdy typowany jest żonaty. Szkoda, bo moja niezamężna koleżanka chciała uszczęśliwić samotnego milionera.
Cała Wola Batorska od kilku dni stoi na głowie. Nic dziwnego, to pierwsza "szóstka", która tu padła.
Szczęśliwiec zagrał w sobotę na "chybił trafił". Wypełnił trzy kupony za 9 zł i zgarnął 6 mln 841 tys. 685 złotych i 30 groszy. Dlatego cała wieś zachodzi w głowę, kto jest wybrańcem losu. W Woli mieszka 2 tys. 700 osób, z tego około stu to stali gracze. Kupić los mogły też przypadkowe osoby, które zatrzymały się w Woli Batorskiej, albo drogowcy, którzy chodniki budowali.
We wsi jest jedna, jedyna kolektura - w sklepie "Delikatesy Piekło". W sobotę, gdy milioner puścił los, na zmianie była ekipa Anny Kępy. - Sama jestem ciekawa, który to z naszych klientów ma teraz uśmiech od ucha do ucha - mówi Anna Kępa. - Ludzie takie baje opowiadają, że tu z dziewczynami ze śmiechu boki zrywamy. Przecież wiemy, że nie mógł ten czy inny wygrać, bo ich w sobotę w sklepie nie było - mówi sympatyczna blondynka.
Janina Ptak, urocza brunetka, staranny makijaż, ładnie ubrana - z koszykiem w ręku wypełnionym po brzegi piwem, zdradza, że o wygranej w totolotka dowiedziała się w poniedziałek od brata.
Pani Janina: Mówił mi, że milionerem został taki jeden. Nie powiem imienia, bo to niesprawdzone informacje. Potem w busie koleżanka ze szkoły powiedziała, że to zupełnie inny człowiek. I wie pani co? Okazało się, że ten drugi jest we Włoszech! Nie, to piwo nie dla mnie. Okna mi wstawiają, trzeba robotnikom do obiadu coś podać.
Adolf Honorowicz nie lubi swojego imienia. - Adolek mi mówią. Poproszę jedno piwo dla mnie, a ten pęczak dla psa. Ludzie na wsi dużo gadają. Jedni żartują, że to Piotrek ubrał się w elegancki garnitur, przyszedł do swojego szefa i powiedział mu do widzenia. Inni, że to przejezdny kupił los. Nie znajdzie pani milionera. Nikt się nie przyzna, bo tu nie ma głupich.
W domach Woli kilka dni nie milkły telefony, sąsiedzi wydzwaniali do siebie, "obstawiając" kolejnego milionera. - Musi pani iść do Piotrka albo do Andrzeja. Ktoś mówił, że któryś z nich ma siedem baniek w kieszeni - mówią panowie pod sklepem "Jacek".
Oczy rodziców Piotrka coraz szerzej się otwierały, gdy usłyszeli o wygranej. - Że nasz syn miliony ma? Ile, siedem? Przydałyby się, ale to głupi żart - kręcą głowami. Bo Piotrek na drabinie szpachluje sufit klientowi w Krakowie.
Kolejny typowany milioner to radny gminy Niepołomice, nauczyciel informatyki i fizyki w szkole podstawowej. Nazywa się Andrzej Gąsłowski. - Kto wymyśla takie plotki? Nie, to nie ja - twierdzi Gąsłowski. - Wie pani, nie mam szczęścia w hazardzie. Pochwalić się za to mogę żoną, rodziną. Znamy się z czasów szkoły podstawowej, to już 37 lat minęło. Najważniejsza w życiu jest przyjaźń i harmonia. Dlatego świetnie sobie radzimy też w pracy. Ona jest dyrektorką szkoły, a ja nauczycielem. Proszę mnie nie obrażać, nie jestem podwójnym pantoflarzem.
Znowu pudło, ale od razu było wiadomo, że znaleźć milionera to zadanie tylko dla wytrwałych kobiet. Następny kandydat to Wojciech Rerutkiewicz. Lokalny biznesmen, ma piekarnię, zakład mięsny. Firmuje swoje interesy własnym nazwiskiem. O "szóstce" pan Wojciech dowiedział się od swojego pracownika. I jeszcze słyszał, że wygrał w lotto... on sam. - Bujda, nawet nie gram - ucina.
W końcu zatrudnia u siebie ponad 30 osób. Jest sponsorem Ochotniczej Straży Pożarnej. Ale w ogóle nie jest podobny do milionera. Mieszka w olbrzymim, lecz starym domu wybudowanym dawno przez wujka, wstaje codziennie o godz. 3, by dopilnować interesu. Co to za milioner, który zrywa się o takiej porze?
Biznesmen wybija mi z głowy poszukiwania. Mówi, że nie mam żadnych szans i opowiada historię o swojej ciotce. Bardzo dawno temu wygrała w totolotka, ale nikomu nic nie powiedziała. Postawiła jeden dom, drugi. A pieniądze skąd? Dopiero po dziesięciu latach prawda wyszła na jaw. - Tak będzie i tym razem.
Może coś ksiądz wie? Ksiądz proboszcz to Wojciech Guzik. Może on i wie, ale pary z ust nie puści. Mówi, że w Woli jest dużo biednych rodzin. I że cieszy się, jeśli ta fortuna kogoś uszczęśliwi. - Dzwonił do mnie znajomy z Nowego Targu, pytał, czy to czasem nie ja wygrałem. A ja w śmiech. Nie mam czasu na takie gry, rok szkolny właśnie się rozpoczął.
Od kościoła do domu sołtysa trzeba iść jakieś dwa kilometry. Co z tego, że wieje i pada. A jeśli to on? Bolesław Porębski rządzi wsią szesnaście lat. Wszystko o Woli Batorskiej i jej mieszkańcach wie. Tylko nic o milionerze totolotkowym. Sam raczej nim nie jest. Żyje skromnie, bez przepychu. - Kto pracuje społecznie, ten biedę klepie wiecznie - śmieje sie Bolesław Porębski. - Ale nie narzekam, kiedyś też wygrałem w totolotka. 100 zł - wspomina.
Marzy mu się z Woli Batorskiej zrobić bogatą wieś. Żeby tak się stało, potrzebuje jedynie załatać kilka dziur w asfalcie i dokończyć kanalizację. - Chodniki we wsi mamy, remizę i sprzęt też, dom kultury, bibliotekę, telefony w domach - wymienia. - Do naszego gimnazjum przyjeżdżają nawet uczniowie z Krakowa! I ludzie nasi niekłótliwi, pomagają sobie. Milionera nawet mamy. Tylko kto to?
Ostatnia moja nadzieja to Józef Dziadoń. Za nim przemawia wiele argumentów: gra w lotto, kupił los w sobotę. Może to on? Pan Józef: Co pani powie, ktoś od nas wygrał? Nie, to nie ja. Znalazła pani nawet kilku i wszyscy żonaci? A co, panienka szuka męża? Proszę do mnie przyjść koniecznie, mam dobrą rękę do tych spraw.
Milioner z Kamienicy
W położonej w Gorcach wsi Kamienica (powiat limanowski) główna wygrana padła 6 listopada 2008 r. Wiadomo, że szczęśliwiec opłacił aż 10 zakładów i uczynił to w kolekturze mieszczącej się w pawilonie handlowym przy rynku.
Wartość tamtej szóstki wyniosła 8 mln 93 tys. 274 zł i 30 gr. Według rzecznika Lotto kwota ta została podjęta przez właściciela kuponu. Kto zgarnął pulę, pozostaje tajemnicą. W Kamienicy nikt tego nie wie. Być może był to ktoś przejeżdżający, bo przez tę miejscowość wiedzie ruchliwa droga prowadząca od Krakowa do uzdrowiskowej Szczawnicy i Łącka słynącego śliwowicą.
Jest w gminie Kamienica góral, Mieczysław Marek, który nadał kupon z takimi liczbami jak wyciągnięte w losowaniu w czwartek 6 listopada 2008 r. Rzecz jednak w tym, że pan Mieczysław skreślił te liczby dopiero w sobotę 8 listopada 2008 r., znając je z informacji o wygranej i licząc na wyjątkowo szczęśliwe ich powtórzenie w losowaniu. Nie wygrał nic! Po niemal dwóch latach mieszkańcy Kamienicy już nawet nie spekulują, kto był wtedy wybrańcem fortuny. Mówią, że nie widać, by ktoś w okolicy raptownie się wzbogacił.
Polskapresse sp. z.o.o informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie GazetaKrakowska.pl podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.
Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.