W sanatoryjnych pokojach panowie prasują, golą się i wcierają wody kolońskie. Jędrne od borowin panie smarują ciała kremami, na wysoki połysk. Potem znikają w szczękach solariów. Barmanki przez rurki popijają drinki i kokieteryjnie poprawiają kołnierzyki.
Dancing zaczyna się około godziny 19, ale już godzinę wcześniej oni i one siadają przy stolikach, by jeść lody w przeróżnych konfiguracjach. Zapach bitej śmietany miesza się z perfumami i wonią lakieru do włosów. Espresso nie jest za mocne, buty na obcasach niby przypadkiem dotykają wyprasowanych w kantkę nogawek. Panowie robią wrażenie. Każdy chce wypaść dobrze, choć to wcale nietrudne, bo na jednego pana przypada pięć pań.
Mężczyźni rozpoczynają swoje monologi na temat zmarłych małżonek. Są to mowy pochwalne, poważne, ułożone chronologicznie - od pierwszej randki w latach trzydziestych aż po ostatnią chorobę. Panie w tym czasie potakują, przygryzają wargi i współczują całymi swymi wypomadowanymi ciałami, od czasu do czasu przegryzając ciasteczko.
Muzyka na żywo odbija się od podwieszanych sufitów rozświetlonych halogenkami. Odważni panowie zaopatrują stolik w słodkie czerwone wino. To przyspiesza krążenie, skłania do tańców i spacerów alejkami uzdrowiska.