Przestaję nadążać. Czyżbym ni stąd, ni zowąd stawał się zgredem? Nie mam iPoda, iPhone'a, iPada. Ba, nie mam nic, co zaczynałoby się na małe "i" (nie licząc intelektu, rzecz jasna). Niby wiem, kto to jest Lady Gaga, ale zachwytów nad jej fenomenem ni w ząb nie pojmuję.
Niby nie wypinam się na współczesną muzykę, ale kupuję ją na płytach CD, co w dzisiejszych czasach robią już podobno tylko dziwacy i ekscentrycy (byliście ostatnio w jakimś sklepie muzycznym? Pustki!). Młodzież muzę ściąga z internetu, ale jak to tak? Bez pudełka, bez książeczki? Ja muszę mieć namacalny dowód istnienia dzieła. Noż mówię, zgredziarstwo.
Niedawno byłem w wypożyczalni filmów. Spotkałem tam dwójkę starszych ludzi, którzy chcieli wypożyczyć coś na wideo.
Wideo! 20-latkowie to zapewne nawet nie wiedzą, co to jest. Pani w kasie wytłumaczyła im życzliwie, że kaset VHS nie mają już od dobrych pięciu lat. Tylko DVD i Blue-ray. Jeśli jednak oni są dinozaurami, to ja jestem mamutem. Bo kto, usłyszałem później od młodszego kolegi, chodzi dziś do wypożyczalni? Przecież jest VoD, ipla, sripla i giełda na Balickiej (tzw. system GnB, ciągle w modzie). A ja uparcie konwencjonalny. Zgred jak malowany.
Im dłużej o tym myślę, to tym bardziej umacniam się w przekonaniu, że różnic technologiczno-pokoleniowych nie przeskoczę.
Decyduje siła przyzwyczajenia. Ponadto moje pokolenie jest ostatnim, które będzie pamiętać czasy BEZ internetu. Nasze wnuki będą patrzyły na nas tak, jak my patrzyliśmy na tych, którzy przeżyli II wojnę światową. Jednak z tym zgredem to była z mojej strony, wybaczcie, kokieteria. Wywodzę się przecież z Generacji X, którą psychologowie definiują jak rozpaczliwie broniącą się przed dorosłością. Niektórzy nazywają to strachem przed odpowiedzialnością, ja niechęcią do wskakiwania w schematy i konwenanse, które ograniczają się do przyjęcia kilku póz, min i kupienia sobie garnituru. Domyślacie się już chyba, że ja własnego nie mam.
Kupiłem sobie za to coś zupełnie innego i o wiele mniej krępującego ruchy. Bodyboard. To taka deska surfingowa, tyle że krótsza i łatwiejsza w obsłudze, bo się na niej leży, a nie stoi. Idealna na bałtyckie fale, które są nieco mniejsze niż te u wybrzeży Fidżi, Tasmanii i Tahiti. Zabawa jest niebywała, bo wykonanie kilkudziesięciometrowego ślizgu na fali przy sztormowej pogodzie wyzwala, uwierzcie na słowo, sporo adrenaliny.
Pogoda sprzyja. Od kilku dni dmucha mocno, morze często łamie się w ukłonach, więc razem z innymi bodyboarderami często surfujemy. Fakt, sporo nas różni. Przede wszystkim jestem od nich jakieś 15 lat starszy. Oni strzaskani na heban, ja tak trochę mniej. Oni wyrzeźbieni, ja tak trochę mniej. Za to tak jak oni mam długie włosy, choć po bokach już bielą się jak żagle Daru Młodzieży (żonie obiecałem, że zmienię fryz, gdy zacznę wyglądać jak Andrzej Sikorowski). Co prawda nie dopełniam z nimi surferskiego rytuału i nie palę marihuany na wydmach, ale nie mam na to czasu. Trzeba zająć się rodziną. Idzie mi całkiem, całkiem. Żona już surfuje, dzieci z czasem zaczną.
Taki więc ze mnie zgred. Od komórek nowej generacji wolę deski surfingowe. Właśnie kupuję nową; twardszą i szybszą. Przez internet. Trzeba przecież nadążać. Za falą.