Marzyłem, żeby w te wakacje zrobić coś ekstrawaganckiego, szalonego. I udało się! Poszedłem na grzyby. Bardzo nietypowa to, powiem wam szczerze, rozrywka. Snujesz się po lesie jak smród za pospolitym ruszeniem, w krzakach myszkujesz, pod liście zaglądasz, pajęczyny twarzą ściągasz i cały czas czujesz ten niepowtarzalny dreszczyk emocji: złapiesz boreliozę czy nie. Tak, moi drodzy, w dobie kleszczy mutantów, karmionych ludzką psychozą, grzybiarstwo to sport ekstremalny.
Spragniony adrenaliny, odważnie jednak parłem w gąszcz pełen przerażających stworów i wirusów. Gałęzie chłostały mnie po policzkach, pnącza próbowały zniewolić pośród boru, a małpy wiszące na lianach ogłuszały swoim wrzaskiem. Chociaż nie, to nie były małpy, jeno harcerze bawiący się w podchody. Na szczęście bez krzyża. Niestety, za ofiarność i odwagę nie czekała mnie żadna nagroda. Nie znalazłem ni podgrzybka, ni kurki, ni hu…
A nie, przepraszam, hubę znalazłem, choć nie było to odkrycie napawające mnie dumą.
Oprócz niej trafiłem jeszcze na parę dżinsów, dziesiątki plastikowych butelek, puszki po piwie, papiery, papierki i papierzyska. Jak na nieposkromioną dzicz, dziwnie tam było znajomo. Czegóż jednak spodziewać się po narodzie, który szeroko rozumianą ekologię ma - elit nie wyłączając - w zadku?
Butelka typu pet nijak do lasu nie pasuje, a jednak jakiś frajer ją tam zostawił. Wiadomo, frajerowi to zwisa, bo nabrudził 500 km od domu, ale gdyby frajera od dziecka edukować, to teraz nie zaśmiecałby mi urlopu. Wpadł mi nawet do głowy pomysł kampanii skierowanej przeciwko frajerom.
Zdjęcie plastikowej flaszki wśród zieleni i niewinne hasło: "Ty rozłożysz się szybciej". Boli? To dobrze.
Wiecie, jaki jest problem z ekologią w Polsce? Taki, że traktowana jest jak fanaberia, przymiot lewicowych aktywistów, gejów, lesbijek i feministek. W tym kraju polityk prawicy ekologiem być nie może, bo od razu powiedzą, że do reszty zidiociał. Dyżurny bon mot, którym na forum publicznym ucina się ekologiczne spory, brzmi tak - co jest ważniejsze: żaby czy ludzie? Tymczasem istota problemów jest z reguły nieco bardziej złożona.
Czy sądzicie, że ostatnie klęski żywiołowe nawiedzające nasz kraj to efekt li tylko anomalii pogodowych? Otóż nie. To również skutek coraz głębszych ingerencji w naturę i wbrew niej, zwanych cywilizacyjnym rozwojem. Powiedzmy sobie szczerze: środowisko mamy gdzieś. Szkopuł w tym, że ono też nie za bardzo się nami przejmuje i w rewanżu potrafi urządzić nam niezłe piekło.
To nie jest głos przeciwko rozwojowi. To głos za rozwojem z głową (ekologiczną) i minimalizacją ryzyka odwetu skrzywdzonej natury. Tylko czy można wymagać tego w społeczeństwie, które bez skrupułów potrafi wywozić śmieci do lasu?
Trudna sprawa, ale mam plan. Należy w szkołach zamienić dwie godziny religii na dwie ekologii. Nie z ideologicznych, Boże broń, powodów, ale praktycznych. Modlitwy przed powodziami nas bowiem nie uratują, natomiast świadome działania dobrze wyedukowanych ludzi mogą im zapobiec lub łagodzić ich skutki. A już na pewno uchronią nas przed śmieceniem gdzie popadnie.
Wszystko to wykoncypowałem, wpatrując się w hałdę śmieci ułożoną w środku malowniczego do niedawna nadmorskiego lasu. A co do grzybów - porażka. Z ekstremalnych rozrywek zostały mi już tylko kąpiele w Bałtyku pachnącym jak maszynownia rybackiego kutra.