Gdyby nie wojna, byliby najnormalniejszymi na świecie rodzicami, mężami, żonami. Spotykaliby się rano przy śniadaniu, rozmawiali z sobą o zwykłych rzeczach po powrocie z pracy, wychodzili wieczorami do teatru, kina. Kiedy w sierpniu 1939 r. siedzieli przy wspólnym stole, pewnie przez myśl im nie przechodziło, że niebawem będą musieli się rozstać.
Gdyby ktoś powiedział Maszy Majerczyk, że będzie musiała oddać do zakładu dla sierot ukochaną córkę Joannę, pewnie popukałaby się tylko w czoło.
Podobnie zareagowałby Kazimierz Młyńczak, po uszy zakochany w swojej młodej żonie Zofii. Przecież mieli być już na zawsze razem. Wojna zmieniła ich życiowe plany. Po jej zakończeniu nie spotkali się już nigdy.
Losy 7 rodzin, w których życie wkroczyła brutalnie historia, można oglądać na otwartej wczoraj w krakowskim Muzeum PRL-u wystawie "Wojenne rozstania".
Oprócz fotografii i dokumentów znalazły się na niej specjalne pokoje, w których można wysłuchać opowieści bohaterów. Multimedialna ekspozycja powstała przy współpracy z warszawskim Muzeum Historii Polski. Prezentowana jest w dawnym kinie Światowid do 31 lipca.
Jest rok 1940. Masza Majerczyk usiadła na krześle. Córka Joanna objęła ją za szyję. Fotograf musiał je poprosić, żeby się do siebie uśmiechnęły. Zrobiły to szczerze, choć nie był to czas w ich rodzinie, który sprzyjałby radości. Przyjechały niedawno do Warszawy, ściągnięte przez ojca, który w tym czasie uciekł już przed Niemcami. Jeszcze nie wiedziały, że nigdy go już więcej nie spotkają. Kiedy patrzą w obiektyw aparatu, matka ma już za sobą decyzję o ściągnięciu gwiazdy Dawida.
Postanowiła, że nie pójdą do getta, tylko spróbują przeżyć na aryjskich papierach. Pomógł im w tym zakonnik, który je ochrzcił. Dzięki temu już niedługo uda się Maszy umieścić Joannę w zakładzie dla sierot, prowadzonym przez służebniczki Najświętszej Marii Panny. Trudno sobie dziś wyobrazić, jak musiała być to dla niej trudna decyzja. Joanna miała znacznie mniejszą świadomość zagrożenia. Poza tym była wychowana w duchu samodzielności, więc gdy mama powiedziała, że trzeba iść do zakładu, nie było mowy o żadnych kaprysach.
Mama, która miała dobry wygląd, starała się odwiedzać córkę raz w tygodniu. W 1944 r., kiedy Niemcy postanowili wysiedlić zakład, Masza prowadziła nawet negocjacje z okupantami, by zrobili to w sposób jak najdelikatniejszy. W trakcie drogi cały czas towarzyszyła córce, dzięki czemu Joanna nie odczuła tak mocno jak inne dzieci rozstania z bliskimi. Dlatego ich fotografia nie jest przecięta na pół.
Był luty 1928 roku. Starszy posterunkowy Kazimierz Młyńczak postanowił uwiecznić się na zdjęciu ze swoją niedawno poślubioną żoną Zofią. Ona poważna, jak to wtedy bywało, kiedy stawało się przed aparatem fotograficznym, on z lekkim, filuternym uśmiechem, ufnie wpatrzony w przyszłość. Niebawem przyjdą na świat ich synowie, a oni, tak jak planują, będą żyć w Kurzeńcu, leżącym w województwie wileńskim, do końca swoich dni.
Nie przewidzieli tylko jednego, że przyjdzie rok 1939 i po wkroczeniu Armii Czerwonej Kazimierz zostanie internowany, a następnie skazany na przymusową tułaczkę w głąb Związku Radzieckiego. Zofia z synami zostanie wywieziona na Syberię i w tym momencie jakiekolwiek kontakty między nimi się urwą. Kazimierz zgłosi się do oddziałów Armii Andersa i po wojnie trafi do Wielkiej Brytanii. Zofia nigdy już nie opuści Kraju Rad.
- Moja żona wraz z dwoma synami pozostała na "nieludzkiej ziemi", bowiem zmuszono ją podstępnie do przyjęcia sowieckiego obywatelstwa. Mimo rozmaitych wysiłków i starań nie udało mi się wyciągnąć ich z tego piekła. Pomagałem im jak tylko mogłem, słałem paczki i pieniądze, chociaż nigdy nie miałem pewności, że do nich docierają. Ta rozłąka była największym dramatem mojego życia - słyszymy na wystawie głos Kazimierza Młyńczaka. Dlatego jego małżeńska fotografia została przecięta na pół.