Wielu ludzi żąda śledztwa, kto podał doping pannie dwojga imion: Kornelii Marek. I chcą, żeby tego kogoś posłać z nią razem do lochu (oj, to byłaby istotnie okrutna kara!). Do odkrycia tej tajemnicy nie trzeba jednak Sherlocka Holmesa...
- Pozwól, drogi Watsonie, że dam ci zagadkę. Sportsmence podano doping, bardzo kosztowny. Któż mógł to uczynić?
- Żaden sportowiec zwykle sam nie sięga do kieszeni, tylko wyciąga łapska. Ten zakazany specyfik jest drogi. Tysiąc gwinei za zastrzyk. Dedukuję zatem, że Marek sama nie płaciła nigdy. Lekarze? Jestem doktorem i wiem jedno - my też nigdy nie sięgamy do kieszeni, chyba że do kieszeni pacjentów.
No więc zapłaciło państwo, największy sponsor wszystkich igrzysk i dopingowiczów. A te zastrzyki z pewnością wliczone zostały w koszty zgrupowań. Być może pod postacią witamin, wody, konsultacji, smarów, transportu albo hoteli. Wystarczy sprawdzić rachunki i sprawa jasna! - A czemu akurat ona wpadła, a inni nie?
- W medycynie jest doping amerykański i rosyjski. Ten drugi przetrzebił niedawno całą zimową kadrę Rosji, bo nie wydala się z organizmu i zostawia ślady. No więc wszystkie zapasy, te niewykorzystane i przeterminowane, upychają teraz, gdzie się da. Polscy lekarze pewnie biorą, bo tańsze. A jak ktoś nawet wpadnie - no to przecież nie oni! Nie po to sześć lat studiują, żeby się nie nauczyć myśleć! Pół Tour de France ma dziś wyroki, a polski doktor w to zamieszany wypisuje recepty nadal!
Każdy nasz sportowiec dorastał w świecie, w którym na doping jest takie samo przyzwolenie jak na ściąganie czy szybszą jazdę
Tyle doktor Watson. Jeśli ktoś nadal ma wątpliwości, czy dopingowy proceder w Polsce jest masowy, świadczyć to może wyłącznie o umysłowym kalectwie, sorry, i ja na to nic nie poradzę. Pamiętam jeszcze z czasów wojska w Legii zapaśników, bokserów, pięściarzy i kolarzy kupujących w sklepach dla rolników środki na podniesienie jurności byków rozpłodowych (miewaliśmy też narady z lekarzami, co mają dawać).
Pamiętam trenera krzyczącego na trasie: "Popij z bidonu! Dobry koksik ci dziś zrobiłem!". Każdy nasz sportowiec dorastał w świecie, w którym na doping jest takie samo przyzwolenie jak na ściąganie na klasówkach czy szybszą jazdę. Zaczyna się np. od picia tussipectu - ten pyszny syrop na kaszel to przecież czysta efedryna, niegdyś zapijali się nią nasi piłkarze na medal! Czy Kornelia Marek wzięła, bo wiedziała, że inaczej nigdy nie dogoni tych dziewczyn, które biorą od dawna?
Czy teraz całe to towarzystwo sypnie? Nie ma mowy. Primo, denuncjacja jest okolicznością łagodzącą w procesie karnym, ale w jej sprawie wyrok przecież już zapadł. Więc nie piśnie ani słowa. Nie kalkuluje się. Zresztą i bez jej zeznań wiadomo, że jeden z poprzednich lekarzy kadry narciarskiej miał niechlubny pseudonim: doktor Mengele. Z racji nieludzkich eksperymentów, które zaludniły nasz kraj szeregiem sportowych inwalidów. Dzisiaj im płacimy dożywotnie renty. To wymuszona nagroda podatników za koks tolerowany przez państwo. Może właśnie z tym należałoby skończyć? Skasować Ministerstwo Sportu i Komitet Olimpijski zbierające budżetowy haracz na ten cały doping? A jak ktoś chce nadal uprawiać sport zawodowo, to niech sobie znajdzie sponsora. Zdaje się zresztą, że w niektórych krajach tak jest. I sport jest.
Ale nie ma żadnego powodu, żeby Polacy odczuwali z powodu Kornelii Marek wstyd. Ja bardziej się wstydziłem za prezydentów! Jak Polską rządzili Wałęsa ze swoim kierowcą Wachowskim. Albo Ameryką Clinton, co miał takie nietypowe pudełko na cygara (i jakie brzydkie!). A Rosją Jelcyn, gdy na czworakach pełzał po Grobie Pańskim w Jerozolimie.
No, ale przyganiał kocioł garnkowi. W piciu, hm, mógłbym zagrać nie tylko Jelcyna, ale nawet główną rolę w "Moskwa - Pietuszki", tak niegdyś dawałem ognia. Może też ze wstydu? Bo wstydziłem się już od pierwszego dnia szkoły. Nie miałem - za biedni byliśmy - tornistra, no to poszedłem na wagary, a potem już dzień wagarowicza miałem zawsze, nie tylko na powitanie wiosny. A że potrzeba matką wynalazku - wymyśliłem nawet, jak zawsze mieć 39 stopni. Na jednym termometrze naciera się 39, wkłada pod pachę i idzie do szkolnej pielęgniarki. Ona daje swój termometr, wkładamy, a po paru minutach oddajemy… drugi. I żegnani jesteśmy wyrazami otuchy i zwolnieniem.
Na szczęście wagary w życiu mi nie przeszkodziły - wszystkie ważne książki przeczytałem w domu. I tylko z matmą miałem kłopot, nigdy nie wiem, ile jest 2 plus 2 razy 2 (naprawdę sześć, nie osiem?). Ale znam jedną matematyczną historyjkę, która będzie dobra jako dopełnienie, hm, kolejnych tekstów Clarksona o terrorystach, a mojego o dopingu, lekarzach i matmie. Otóż do doktora przychodzi pacjent, który boi się latania i zamachów właśnie.
Potrzebuje dopingu…
- Ależ proszę się nie martwić. Wybuch bomby jest ledwie jak jeden do miliona.
- To jednak za duże dla mnie ryzyko…
- Jednak prawdopodobieństwo, że na pokładzie będą dwie bomby, jest jak jeden do miliarda.
- OK. Ale co wynika z tego dla mnie?
- To proste. Zawsze jedną bombę niech pan zabiera ze sobą!