Mam takie nagranie na kasecie magnetofonowej, niegdyś chętnie przywoływane podczas rodzinnych masówek, na którym babcia Marysia bezskutecznie próbuje wyegzekwować ode mnie, zaledwie kilkulatka, zmówienie wieczornej modlitwy. Wypowiadane hardym dziecięcym głosikiem zdanie "Nie będę mówił paciorka" bawiło wszystkich przez lata.
Z tym paciorkiem to zostało mi tak do dziś. Chociaż w środę, po długiej przerwie, coś na jego kształt wymamrotałem. Na JEJ pogrzebie. Nie dlatego, że tak wypada i że ciotki patrzą. Zdało mi się, że zrobię JEJ tym przyjemność.
W czwartek był Dzień Babci, a ja dzień wcześniej pochowałem swoją. Tej drugiej nie znałem, babcia Marysia wycierała mi pupę na nocniku.
Ładny cmentarz, dużo drzew. Tylko dlaczego, do cholery, tak ponuro i smutno?! Stojąc na mrozie i wsłuchując się w przeraźliwe milczenie, przerywane jedynie stukotem dębowej trumny kwaterowanej w wybetonowanej dziurze, zacząłem się zastanawiać, dlaczego osoba tak pogodna za życia musi odchodzić w wieczność, w którą głęboko wierzyła, w takiej grobowej, nomen omen, atmosferze.
Wiem, wiem. Już taka jest ta nasza kultura umierania. Zgłaszam od niej jednak głośne votum separatum. Wieczorem miałem już w głowie scenariusz własnego pogrzebu.
Z czasem, jak mniemam, nabierze on siły notarialnego aktu.
Tak więc nie widzę swojego odchodzenia bez chóru gospel. Repertuar niech ma amerykański, bo polski jest zbyt przygnębiający. Msza i ksiądz nie będą potrzebni. Niech odprowadzą mnie głosy przyjaciół (tylko, na Boga, nie przynudzajcie! Liczę, że parę dykteryjek jeszcze zdążę wam dostarczyć). No i wino! Dla wszystkich! Albo szampan. Jeden kieliszek dla mnie. A potem, kto ma chęć, niech się upije, byle na wesoło. Ja stawiam! A raczej ZUS - jak przetrwa - stawia!
Babcia Marysia pewnie by się oburzyła. A może nie? Może zadałaby tylko rezolutne, podszyte babciną troską pytanie, dlaczego goście nie dostaną nic do jedzenia?
To przecież ona, nikt inny, zaczynała każdą rozmowę ze mną od ustalenia kwestii, czy dobrze się odżywiam. Zawsze mówiłem, że tak, ale ONA wiedziała swoje i podsyłała mi jajka, warzywa, owoce, a bywało, że i całe obiady.
Tylko ona potrafiła zabrać mi sprzed nosa, gdy cichcem marzyłem o poluźnieniu paska od spodni, opróżniony półmisek, stwierdzając z troską "Ojej, dlaczego nic nie jesz? Tak bledziutko wyglądasz...".
Po prostu Babcia. Kiedyś jeszcze poproszę Cię o dokładkę, kochana.