Z Olkiem Łodzia-Kobylińskim "Makino", twórcą zespołu Andrusy, o kobietach i wódce rozmawia w kawiarni Vis-a-Vis Katarzyna Kachel
Tu andrusy przychodzą na wódeczkę?
Coraz rzadziej, bo mają nadpite chyba aż do 2012 roku.
Skąd taki zapas?
Wystarczy, że raz przejdę Zwierzyniecką, a ze trzy razy potrafią mnie upić. [śmiech]
A te andrusy to właściwie kto?
Złote chłopaki ze Zwierzyńca.
Słyszałam, że chuligani i zabijaki.
Przenigdy. Święci nie byliśmy. Łoiliśmy się, a jakże, a to z Krowodrzą raz, a to z Dębnikami czy z Groblami.
Ale to bitki były kulturalne, do pierwszej krwi. A potem szliśmy wszyscy do Ślepego czy Lajkonika na piwo.
Dziewczyny też się na piwo brało?
Nie, gadka szmatka była wpierw, a potem herbatka i kawusia. Jakie piwo? - pod rękę to się zaczynało chodzić dopiero parę tygodni przed ślubem.
A jak się na dziewczyny mówiło na Zwierzyńcu?
Nie tak jak dzisiaj: panienka czy laska. Mówiło się: dziwa. Jaka piękna dziwa idzie, patrz? I gały wszystkim nam się robiły jak filiżanki.
Na gitarę dało się podrywać?
Dało się, a jak mi się która bardziej spodobała, to jej dawałem gitarę w prezencie. Sporo ich musiałem mieć.
Łamał Pan serca kobietom?
Oj, łamałem. Cztery żony miałem, ale teraz jestem do wzięcia. Tylko ja nie z takich co Łapicki czy Marcinkiewicz.
To ile musi mieć?
No, przynajmniej 45, 50 lat. Taka po przejściach już.
A ta pierwsza jaka była?
W pierwszej to zakochałem się, bo miała piękne zielone oczy. W drugiej, bo miała cudny profil. Kolejna złote loki, a ta ostatnia - wie pani co?
No co?
Uroczą dziurkę w policzku. I ja się z nią dla tej dziurki ożeniłem. Kompletny idiota! Ojciec mi mówił: "Oluś, nogi najważniejsze są. Jak obejmiesz w pęcinie, to znaczy, że zgrabna". [śmiech]
A Pan nie chciał obejmować?
Ależ skąd. Nie patrzyłem ani na nogi, ani na piersi. Ja się w detalu zakochiwałem.
A one? Na co patrzyły?
Na bikiniarza. Chodziłem wtedy w butach na trzech zelówkach, skarpetki miałem w kolorowe paski, do tego wąskie spodnie niby gacie, marynarka samodziałowa, krawat z gołą panią pod palmami i oczywiście sombrero na głowie.
Imponuje mi Pan.
To jeszcze nic. Do Feniksa jak szedłem, tańczyłem w białych skarpetkach bez butów, kelnerom sypnąłem co nieco do kieszeni, to mi polecali: ta jest fajna, tamtą sobie poderwij, Makinko, bo wolna, a ta obstawiona, ale jej frajer jest z pompką w nosie.
Czyli że co?
Że lewy.
A jak Pan do Estrady trafił?
Trafiłem wpierw do programu "Szukamy młodych talentów" i dostałem się do finału. Byliśmy tam Hanka Konieczna, Mietek Święcicki i ja. Ja w nagrodę dostałem zestaw damski: stanik i majteczki, a Hanka męski: komplet do golenia.
[śmiech] Wymieniliśmy się.
Potem śpiewał Pan na Floriańskiej krakowskie piosenki...
Tak, w kapeli podwórkowej. Szliśmy od bramy aż pod Mariacki i śpiewali. Ja byłem najmłodszy. Ci starsi grali takie szlagiery jak "Skrzypku graj" czy "Skrawione serce", a ja o Krakowie: "Jak długo na Wawelu" i "Ludwinowskie tango". Ale potem Jurek Harasymowicz napisał kilka poematów, ja do nich muzykę i on mówi do mnie: "Olek, to się nie nadaje na Szmelcpakę".
Dlatego założył Pan Andrusy?
Tak, na 8 marca, 35 lat temu.
Dlaczego w Dzień Kobiet?
Bo jestem strasznie kochliwy. Jak mi się jaka spodoba, to muszę od razu przy niej być, trzymać za rękę, całować albo co innego robić. To i dla kobiet te Andrusy przecież były. No i poszło! Koncertowaliśmy wszędzie, prócz Australii i Warszawy. Nigdy mnie warszawiacy nie zaprosili do siebie, bym im o Krakowie śpiewał.
[śmiech]
Dziewczyny piszczały?
Nie piszczały, bo przy piosenkach o Krakowie nie można piszczeć. Kraków to jest nostalgia i sentymenty.
Dało się na tym śpiewaniu zarobić?
Starczało na CCK (Cysta Cerwona Kapslowana) i na kilo kiełbasy.
A ta Pana ksywa, "Makino", to co ona w ogóle znaczy?
Makino żyje, Makino śpiewa, Lola się przy nim zagrzewa.
[śmiech]
Wszystko przez Harasymowicza, który napisał poemat i nazwał go "Makino". Czytam, czytam, a to wszystko o mnie, jak w pysk strzelił. No i zostało.